Każdy, z kim się nie zgadzam, to ruski bot.

0
1002

Gdyby ktoś jakimś cudem jeszcze nie zauważył, to nasze mainstreamowe media – od Niezależnej po Wyborczą – podały jako prawdę objawioną analizę East Stratcom Task Force – która, wbrew pozorom, nie jest kolejnym dowództwem US Army a unijną agencją ds. propagandy w naszym zakątku Europy – o tym, jak to Rosjanie chcą wpłynąć na wybory do eurożłoba.

 

Szanując wasze, drodzy czytelnicy, szare komórki, skrócę ten bełkot w kilka zdań. Otóż zdaniem europejskich Mierzyńskich kremlowskie boty na społecznościówkach mają przekonywać, że eurożłób poza wydawaniem bezużytecznych dyrektyw o krzywiźnie bananów i uprawie oliwek na Grenlandii i napychaniem kieszeni cwaniakom, którym udało się do niego dostać, jest instytucją pozbawioną jakiegokolwiek znaczenia. Ma to sprawić, że wyborcy zaczną kwestionować wysiłki unijnych propagandystów i zamiast iść na wybory pójdą na piwo. Co w jakiś magiczny sposób ma sprawić, że do rzeczonych wyborów pójdzie wyłącznie elektorat partii populistycznych – czyli wszystkiego, co jest na prawo od chadecji – które, jak od dawna nas przekonują unijni propagandyści, otrzymują rozkazy pisane cyrylicą.

Krótko mówiąc: ziew. Od wyborów w USA w 2015 roku, kiedy to Demokraci wymyślili sobie, że Trumpa wypromowała współpraca z Kremlem, rosyjskie boty stały się uniwersalną odpowiedzią liberalno-lewicowych elit na każde pytanie. Multikulti nie przebiega tak gładko, jak myśleliśmy? Ruskie boty mieszają. Tysiące Francuzów tłucze się z policją bo podatki na socjal nie dają im żyć? Ruskie boty ich zainspirowały. Nowa partia Farage’a w tydzień przeskoczyła w sondażach torysów i laburzystów? Pewno ruskie boty głosowały. My jesteśmy cudownymi i nieskazitelnymi zbawcami ludzkości i jeśli coraz więcej ludzi uważa nas za debili, którzy doprowadzili cywilizację europejską na skraj upadku, to tylko dlatego, że ruskie boty go zaślepiły!

Zobacz także  David Irving - Staram się zrozumieć Hitlera

Ba, nawet jak ktoś podważa ten dogmat, to z automatu staje się podejrzany. „Inne przesłania mają na celu przekonanie, że w UE prawie nic nie działa prawidłowo, a europejskie elity po prostu próbują odwrócić uwagę Europejczyków od tego, obwiniając za wszystko Rosję, w tym za wtrącanie się w wybory” – czytamy w analizie. Więc wychodzi, że ja też jestem ruskim botem.

Swoją drogą naprawdę ciekawie się robi, jeśli te brednie potraktuje się poważnie. Jeżeli bowiem uznamy, że kilkanaście – kilkadziesiąt tysięcy kont zadaniowych – w samej analizie pada liczba 15% kont na Twitterze, ale to z przeliczenia daje niemal 50 melonów, więc przyjąłem bardziej realistyczne założenie – jest w stanie wpłynąć znacząco na wynik wyborów w niemal całej Europie, to musimy dojść do wniosku, że analiza Stratcomu godzi w najświętszy dogmat demokracji. Wiarę w zbiorową mądrość tłumu. Bo przecież cały ten system opiera się na założeniu, że tłum jest w stanie dokonać racjonalnej decyzji jeśli tylko jego większość ją poprze. Jeżeli założymy, że kilkadziesiąt tysięcy zadaniowców jest w stanie zachwiać tą zbiorową mądrością milionów wyborców– to ile ona jest naprawdę warta?

Ba, na tym nie kończą się problemy demokratów z tą analizą. Jeśli Rosjanie przez konta w społecznościówkach tak skutecznie manipulują wyborcami – to skąd przekonanie, że tego samego nie robią same poszczególne partie, które przecież otwarcie zatrudniają specjalistów od social media? I czy wtedy nie będzie naturalną konkluzja, że wyborcy wybierają nie tą partię, która najlepiej zadba o ich interesy – a tą, którą stać na najlepszych macherów od internetu?

Dziwi mnie jeszcze tylko, że nasi prawicowi propagandyści nie zauważyli jeszcze jednej implikacji. Skoro Rosjanie mieszają w wyborach w Niemczech, to można realistycznie założyć, że Niemcy mogą w ten sposób mieszać w wyborach u nas. Ba, mają ku temu znacznie większe możliwości. Bo o ile wiem Rosja nie posiada 75% klasycznych mediów w Niemczech. Innymi słowy, jeżeli wpływ mediów na decyzje wyborców – a ośmielę się założyć, że przynajmniej u nas klasyczne media są nadal ważniejsze niż społecznościówki – jest tak duży, to czy trzeba dalszych argumentów za repolonizacją?

Zobacz także  Wolny handel vs. protekcjonizm

Największy problem jaki mam z tą analizą i z powtarzającymi ją bezkrytycznie kolegami po fachu leży jednak gdzie indziej.

Dawno, dawno temu, za górami za lasami, żył sobie pewien młody pastuszek. Bachor ten miał ciekawe hobby. Miał bowiem w zwyczaju krzyczeć na całe gardło „Wilk! Wilk!” i cieszyć się jak mieszkańcy okolicznej wioski biegli z widłami i cepami na pomoc. Wieśniacy jednak w końcu się przyzwyczaili, że żadnego wilka nie ma i głupi bachor bawi się ich kosztem, więc w końcu przestali przybiegać na pomoc. I dzięki temu wilk, kiedy już naprawdę się pojawił, zeżarł bez większych przykrości całe stado i przekąsił je samym pastuszkiem.

Ta stara bajka Ezopa doskonale oddaje to, co robią politycy i media. Zagrożenie ze strony rosyjskich agentów wpływu, umocowanych zapewne dużo wyżej niż w jakiś prawicowych biedapartyjkach, jest bowiem jak najbardziej realne. Co jak co, ale Rosjanie potrafią jak mało kto bawić się w pozyskiwanie agentury, jak ktoś nie wierzy to niech przyjrzy się sine ira et studio śledztwu McCarthiego czy rozwojowi amerykańskich organizacji pacyfistycznych w okresie wojny w Wietnamie. Trudno się spodziewać, aby po upadku Sowietów nagle zapomnieli jak to się robi. I w naszym żywotnym interesie leży walka z rosyjską agenturą wpływu.

Problem w tym, że jak będziemy ciągle krzyczeć „Ruskie agenty! Ruskie agenty!” i tłumaczyć ich wpływem wszystkie porażki mainstreamu, to ludzie się w końcu przyzwyczają. I zaczną to traktować tak, jak traktują teraz oskarżenia o faszyzm – jako stały ale pozbawiony głębszego znaczenia element politycznego dialogu, rytualną formułkę jaką obrzuca się oponentów.

I wtedy nikt nie uwierzy w tych, którzy działają naprawdę.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here