Czy dziennikarzy powinno się lać po pyskach?

0
2297

Jednym z często stawianych Trumpowi zarzutów jest to, że nienawidzi mediów wszelakich, a dziennikarzy najchętniej przesiedlałby na Alaskę albo zamykał w obozach pracy. Ba, jak mu się zdarzy raz na jakiś czas jakiemuś pressworkerowi odszczeknie, że jest fejk nius albo wrzuci na Twittera mema o CNN, to płacz jest taki, jakby co najmniej kazał swoim zwolennikom palić redakcje.

Ja osobiście uważam, że te opinie, jak niemal wszystko co o Trumpie mówią mainstreamowe, liberalne media, są zdrowo przesadzone. Trump zanim został prezydentem był przecież showmanem, z mediami jest za pan brat. I paradoksalnie nawet to, że go nieproporcjonalnie krytykują też działa na jego korzyść.

Coraz więcej Amerykanów bowiem mediom nie wierzy. Nie mogę teraz znaleźć dokładnych liczb, ale o ile pamiętam tylko połowa Demokratów i zaledwie coś koło 15% Republikanów ma jeszcze zaufanie do dziennikarzy, a tendencja jest wyraźnie spadkowa. I nie ma się co temu za bardzo dziwić. Poziom mainstreamowych amerykańskich mediów od dłuższego czasu szoruje po dnie, a przy ich stronniczości Niezależna i Wyborcza wydają się być cudownie umiarkowane. Jednak to, co ostatnio odwaliły, przechodzi wszelkie pojęcie i jakbym nie śledził afery od początku, to szczerze mówiąc raczej bym nie uwierzył, że ktokolwiek może się do takiego skurwysyństwa posunąć.

W sobotę ulicami wielu amerykańskich miast przeszedł antyaborcyjny Marsz dla Życia. W samym Waszyngtonie przez National Mall przemaszerowało od 200 do 300 tysięcy osób. A media tradycyjnie niemal całkowicie zignorowały tą manifestację, skupiając się zamiast tego na późniejszym o dzień marszu feministek (10k luda według najbardziej optymistycznych szacunków).

Ale to już standard i był czas przywyknąć, nie to mi ciśnienie podniosło.

W sobotę wieczorem niemal wszystkie amerykańskie przekaziory, od lewackich zinów po niegdyś cenione redakcje, puściły na pierwszych stronach pewną historię. Otóż grupa białych – to ważne, bo co złego to biały – nastolatków w charakterystycznych trumpowych czerwonych czapeczkach, miała zaczepiać kilku murzynów, którzy nikomu nie wadzili i po prostu głosili słowo boże przechodniom. Miał to zobaczyć stary Indianin, weteran z Wietnamu – bycie weteranem, zwłaszcza z Wietnamu, daje w USA +20 więc wszędzie ten fakt podkreślano – i postanowił interweniować bijąc w bębenek i śpiewając jakąś starą indiańską pieśń. Młodzi rasiści mieli go wtedy otoczyć i zacząć krzyczeć, że Trump powinien zbudować mur.

Do pełnych świętego oburzenia tekstów dołączono filmik na którym rzekomo widać całe zajście. Tyle tylko, że tak naprawdę zbyt wiele nie da się z niego wywnioskować. Na fragmencie, który opublikowały media widać jedynie rzeczonego Indianina, Nathana Philipsa, który napierdala w ten swój bębenek i nastolatka stojącego tuż przed nim z uśmiechem na twarzy i czapce MAGA na głowie. Dookoła nich stoi grupa innych nastolatków, a swetry niektórych mają na sobie logo katolickiej szkoły średniej Covington. Część z nich buja się w rytm bębna, część po prostu stoi, niektórzy pytają kolegów co się w ogóle dzieje. Tyle.

Zobacz także  Polska potrzebuje mądrej ustawy o ochronie zwierząt! Do tej pory przedstawiano jedynie ideologizmy...

Na podstawie tego fragmentu i słów Philipsa amerykańskie media skonstruowały narrację o tym, jak to rasizm podnosi swą paskudną głowę a Trumpjugend prześladuje równocześnie czarnych i Indian. I kobiety bo przeca byli na demonstracji przeciwko aborcji. Afera zrobiła się z tego na cztery fajerki. Szkoła, ratując się przed nieuchronną gównoburzą, od razu ogłosiła, że przeprowadzi śledztwo a winni zostaną wyrzuceni oraz poleciała do Philipsa z uniżonymi przeprosinami. Ich diecezja także przeprosiła i szczerze się zdziwiłem, że w ramach rekompensaty nie zaproponowali ekskomuniki. Zachowanie chłopców wszyscy zaczęli na wyścigi krytykować.

Potem było jeszcze gorzej. Całe stada aktywistów, dziennikarzy i celebrytów wypełzły na twittera żeby tam dalej ścigać się w tym, kto będzie bardziej oburzony. Pojawiły się też postulaty, żeby chłopakom spuścić staromodny wpierdol. Internet szybko też namierzył tego uśmiechniętego fana Trumpa i po sieci zaczął krążyć jego domowy adres, a nawet adres firmy która zatrudnia jego ojca.

Już samo to byłoby przegięciem. Taka reakcja na szczeniacki wygłup to zdrowa przesada, a w momencie ujawnienia jego adresu zaczęło się robić naprawdę groźnie. Polska dyskusja publiczna jest cudownie cywilizowana w porównaniu z tym, co dzieje się za wielką wodą, a ujawnienie danych osobistych w sieci to niemal 100% pewności, że odwiedzą go w końcu pojeby z antify. No ale ok, zgrzeszyli więc muszą teraz ponieść karę. I można tylko się czepiać, że jest nieproporcjonalnie wysoka.

Tyle tylko, że to zupełnie nie tak. Wszystko to było bowiem jedną wielką manipulacją.

Na szczęście dla prawdy i na nieszczęście dla pressworkerów żyjemy w czasach, gdzie niemal każdy nosi przy sobie telefon z co najmniej jedną kamerą. A że całe zdarzenie przyciągnęło całkiem sporą uwagę, to w sieci szybko zaczęły pojawiać się filmiki, które zapewniają szerszy kontekst i pozwalają nam dosyć dokładnie zrekonstruować faktyczny przebieg wypadków.

Zacznijmy od tych czarnoskórych, którzy mieli podobno spokojnie głosić słowo boże, bo to oni zdają się być najbardziej winni całej sytuacji. Należeli do którejś z sekt należących do ruchu Czarnych Izraelitów. Upraszczając są to murzyni, którym nie starcza, że byli królami – więc twierdzą też, że byli Żydami. Ich wiara nie ma jednak nic wspólnego z judaizmem jako takim, jest dziwacznym amalgamatem chrześcijaństwa, okultyzmu, ideałów masonerii, marksizmu, czarnej supremacji i chuj wie czego jeszcze.

Zobacz także  Wojtunik zawstydza rozwodników z PiS... "W imię zasad"

Na pełnym filmie z tego zdarzenia widać, że przez kilkadziesiąt minut rzeczona grupa murzynów krzyczy różne nieprzyjemne rzeczy w stronę zgromadzonych tam Indian, którzy akurat wracali ze swojej własnej demonstracji. Krzyczą na przykład, że Indianie sami są sobie winni swojej tragedii bo czcili fałszywych bogów. No i ogólnie są mocno irytujący. Część Indian podchodzi do nich i wdaje się w dyskusję i sytuacja robi się coraz bardziej nieprzyjemna.

W pewnym momencie na scenie pojawiają się pierwsi uczniowie z Covington. Murzyni na widok czerwonej czapeczki jednego z nich momentalnie przenoszą swoją agresję na nich i zaczynają ich mocno nieprzyjemnie wyzywać. Na miejscu pojawiają się kolejni uczniowie, którzy umówili się, że tam będą czekać na swoich wychowawców. W pewnym momencie zaczynają śpiewać aby zagłuszyć coraz bardziej agresywnych czarnych. Według świadectw samych uczniów nie śpiewali nic o żadnym murze a po prostu przyśpiewki, którymi zazwyczaj dopingują szkolne drużyny sportowe.

Ten właśnie moment wybrał Philips. Na innych nagraniach, jak na przykład to poniżej, widać, że wcale nie został otoczony przez uczniów. Wyraźnie za to widać, że sam do nich podchodzi, cały czas bębniąc. Uczniowie początkowo ewidentnie nie wiedzą co się dzieje i potem wielu z nich wyznało, że myśleli, że po prostu przyszedł im akompaniować. Philips zaczyna się przeciskać przez tłum aż zauważa Nicka Sandmanna – tego dzieciaka, który został nową twarzą amerykańskiego rasizmu. Philips podchodzi bardzo blisko, jego bęben znajduje się niemal przy samym uchu chłopca. Skonfundowany Sandmann stoi w miejscu i w pewnym momencie zaczyna się uśmiechać. Jak sam stwierdził później chciał w ten sposób rozładować niewygodną atmosferę. To właśnie ten moment ilustrował wszystkie artykuły robiące z Sandmanna i jego kolegów bestie. Wygodnie przycięty tak, żeby nie było słychać, jak towarzysze Philipsa każą im spierdalać z powrotem do Europy ani jak Sandmann uspokaja swojego kolegę, który wdał się z nimi w sprzeczkę.

I tyle. Znalezienie nagrań, które pozwalają odtworzyć pełny przebieg zdarzeń zajęło mi dosłownie pięć minut, plus około godzina na ich przejrzenie. Żaden z dziennikarzy, którzy zrobili z Sandmanna i jego kolegów rasistów, nie zadał sobie tego trudu.

Zobacz także  Pisowska logika i intergalaktyczny konkurs prozy SF

I to nie jest pierwszy raz. Jakiś czas temu po przekaziorach hulała na przykład historia o tym, jak to filmik z tańczącą Ocasio-Cortez – taką wyjątkowo głupią socjalistyczną kongresmenką – nagrany przez nią na studiach miał wywołać oburzenie prawicy. Pisali o tym oburzeniu wszyscy, łącznie z agencją Reutersa, i nikomu nie przeszkadzało, że poza jednym twittem z mocno podejrzanego konta nikomu nie udało się znaleźć żadnego jego przykładu. Warto też przypomnieć jak bezkrytycznie podawali dalej wszelkie oskarżenia pod adresem sędziego Kavanaugha, przemilczając te, które upadały.

Ale tamte sprawy, chociaż obrzydliwe, były jeszcze w jakimś tam stopniu zrozumiałe. Jak ktoś wymaga od dziennikarzy obiektywności i standardów, to znaczy, że dawno z mediami kontaktu nie miał. Sprawa Sandmanna jest jednak inna. Amerykańskie media zrobiły bestię i nieomal drugiego Hitlera z chłopaczka którego jedynym grzechem było to, że pojechał na szkolną wycieczkę. I rozpętały taką histerię, że jego rodzina boi się teraz o jego życie. I nie zadały sobie nawet odrobiny trudu – celowo czy z intelektualnego lenistwa – żeby zrobić naprawdę podstawowy research i sprawdzić czy ich narracja ma jakiekolwiek odbicie w prawdzie.

Bo kogo kurwa prawda obchodzi jak jest dobry temat?

Jakby miało to miejsce powiedzmy dekadę temu, to na tym sprawa by się skończyła. Ale jak już wspominałem żyjemy w epoce internetu i mediów społecznościowych. Dzięki temu powstało wiele tekstów jak ten wyżej i o prawdzie zrobiło się na tyle głośno, że nie dało się dalej udawać. Z ciekawości przejrzałem więc kilkanaście „dementi”.

Wszystkie wydają się być pisane według jednego wzorca i odnoszą się do listu, który napisał sam Sandmann, w którym tłumaczy co naprawdę zaszło. I wszystkie brzmią w stylu „Sprawa wydaje się nieco bardziej skomplikowana niż początkowo donosiliśmy, więc teraz przedstawiamy relację drugiej strony a wy sami sobie decydujcie kto ma rację”. O tym, że nie ma co decydować bo tylko jedna ze stron ma na swoje słowa niezbite dowody – ani słowa. Bodajże w tylko jednym tekście, na samym końcu, wspomniano, że takie nagrania istnieją.

Nigdzie nie padło zwykłe durne „Przepraszamy”.

Nie mam zamiaru odpowiadać na zadane w tytule pytanie. Nie dlatego, że mamy rewolucyjne czasy i diabeł jeden wie z których tekstów przyjdzie nam się niedługo spowiadać przed wysoką komisją od mowy nienawiści. Nie odpowiem, bo wraz z postępującym upadkiem mediów pytanie to robi się coraz bardziej retoryczne.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here