Margaret Thatcher, matka globalnego ocieplenia. Część 1.

0
524

Do Katowic przylecieli samolotami (circa 100 kg CO2 na godzinę lotu) i przyjechali limuzynami (2,3 kg CO2 na litr spalonej benzyny) wszelkiej maści politycy aby debatować nad tym, jak uchronić planetę przed nieuchronną zagładą ze strony Globalnego Ocieplenia. Pomyślałem, że z tej okazji warto przypomnieć jak to się stało, że walka ze zmianami klimatu i fiksacja na produkowanym przez ludzi CO2 stała się sprawą, która spędza sen z powiek naszym władcom. Bo to bardzo ciekawa historia – chociaż dla mnie osobiście smutna bo u jej źródeł stoi jeden z moich ulubionych polityków.

Cofnijmy się nieco w czasie. Są lata siedemdziesiąte. Disco nadal jest królem, u nas trwa gierkowska dekada dobrobytu na kredyt, a po ulicach Stanów Zjednoczonych nadal krążyły ogromne V8. Świat powolutku wracał do normy po szaleństwach końca poprzedniej dekady.

Nie wszystko było jednak takie różowe. Średnie temperatury spadały bowiem od końca IIWŚ i coraz większa liczba naukowców od pogody obawiała się, że trend ten się utrzyma i za jakiś czas świat ponownie pokryją lodowce. Niezwykle mroźne zimy na początku dekady sprawiły, że ich obawy podchwycili dziennikarze. I, jak to mieli w zwyczaju, spłycili temat dla żądnej sensacji ludożerki. Już wkrótce pierwsze strony gazet, od tabloidów po poważne periodyki, zaroiły się od alarmistycznych artykułów o tym, jak już wkrótce wszyscy zamarzniemy.

BBC nie chciała być gorsza i w 1974 roku puściła na swojej antenie dokument „The Weather Machine”, napisany przez cenionego autora popularnonaukowego Nigela Caldera. Dokument jak dokument – pełen był ponurych wizji nowej epoki lodowcowej, która nadejdzie lada moment i zniszczy cywilizację jaką znamy. Jako taki cieszył się relatywnie dużą popularnością gdyż widzowie najwyraźniej lubią jak się ich straszy, i dzisiaj byłby zupełnie zapomniany, przypominany tylko czasami przez klimatycznych sceptyków. Ale to właśnie w tym dokumencie wystąpił wtedy niemal nieznany szwedzki naukowiec, Bert Bolin, profesor meteorologii na uniwersytecie w Sztokholmie. Bolin przedstawił w nim teorię, jakoby to właśnie człowiek – a konkretniej produkowane przez niego gazy cieplarniane, głównie CO2 – mogły spowodować ocieplenie klimatu. Przewidywał, że w ciągu kilkunastu czy kilkudziesięciu lat klimat się dzięki temu ociepli. Calder wspominał po latach, że zaproszenie Bolina spowodowało, że spotkał się z krytyką ze strony środowiska naukowego i słyszał oskarżenia, że państwowa poważna telewizja promuje takie pseudonaukowe, nieudowodnione teorie.

Zobacz także  Ziemkiewicz: Czekając na tyrana

W zimie 1978 Brytyjczykom łatwo było uwierzyć, że naukowcy mieli rację. Pogoda była paskudna, a wyspy nawiedziły najgorsze mrozy od szesnastu lat. Jednak to nie pogoda była największym zmartwieniem Brytyjczyków i nie przez nią ta zima przeszła do historii pod szekspirowskim mianem Zimy Niezadowolenia.

W 1973 roku państwa OPEC ogłosiły embargo na ropę naftową dla państw, które wspierały Izrael w wojnie Yom Kippur. Spowodowało to gigantyczny kryzys ekonomiczny na całym świecie. Wielka Brytania nie była tutaj wyjątkiem i także na wyspach szybko zaczęto odczuwać pogorszenie sytuacji ekonomicznej. Rządzący UK laburzyści, chcąc ratować państwo przed wzrostem inflacji, przeprowadzili daleko idące reformy, których głównym elementem było ograniczenie podwyżek w budżetówce poniżej 5%. Nie spodobało się to związkom zawodowym i w całej Brytanii zaczęły wybuchać mniejsze lub większe protesty. Protestowali nawet grabarze z Liverpoolu. Lewicowy rząd Jima Callaghana zupełnie nie potrafił sobie poradzić z napiętą sytuacją i już w maju 1979 społeczeństwo pokazało im drzwi, wybierając zamiast tego rząd Torysów, na którego czele stanęła była sekretarz ds. nauki i edukacji, Margaret Thatcher.

Thatcher wiedziała, że jeśli chce rządzić i nie podzielić losu poprzedników, to będzie musiała spacyfikować potężne brytyjskie związki zawodowe. Uważała, nie bez racji, że zostały zdominowane przez socjalistów, którzy wykorzystają społeczne niezadowolenie aby objąć władzę. Miała to zresztą okazję przeżyć już sama. Rząd Edwarda Heatha, którego była członkiem, już próbował zneutralizować wpływ związków na brytyjskie społeczeństwo i poległ na tym mizernie. Szczególnie tragiczny okazał się dla niego protest związku zawodowego górników z 1974 roku, który sprawił, że brytyjskim elektrowniom zaczęło brakować węgla i cały kraj z powodu niedoborów prądu miał trzydniowy tydzień pracy, a sytuacja gospodarcza uległa dalszemu pogorszeniu, co ostatecznie doprowadziło ich do porażki w desperacko ogłoszonych wcześniejszych wyborach.

Thatcher nie miała zamiaru powtórzyć błędów swojego byłego szefa. ZZ górników trzeba było spacyfikować, tym bardziej, że cały sektor i tak stał na granicy upadku i był kotwicą dla reszty gospodarki. Jednak aby to zrobić należało ograniczyć ryzyko, że węglokopy znowu całemu krajowi prąd wyłączą. Receptą na to – i na ryzyko, że arabscy szejkowie znowu się obrażą i zakręcą kurek z ropą – miały być alternatywne źródła energii: gaz i jej konik, energia atomowa. Thatcher zaproponowała ambitny program budowy co roku, przez minimum dziesięć lat, elektrowni atomowej.

Zobacz także  C'ville czyli o niebezpiecznych związkach słów kilka.

Na przeszkodzie realizacji tego planu stanął jednak fakt, że większość ludzi boi się atomu. Strach ten był szczególnie silny w czasach Zimnej Wojny, kiedy każdy dzień mógł przynieść ze sobą nuklearną zagładę. A gdy w 1979 roku w elektrowni atomowej Three Mile Island w Pensylwanii doszło do niezbyt groźnej, ale rozdmuchanej przez media awarii przekonanie Brytyjczyków do zalet atomu stało się iście tytanicznym wysiłkiem.

W międzyczasie jednak doszło do pewnej niezwykle istotnej zmiany. Na początku lat osiemdziesiątych naukowcy zauważyli, że ich wcześniejsze przewidywania mogły nie być do końca trafne i że coraz więcej świadczy, że klimat, zamiast zmierzać w stronę epoki lodowcowej, zaczyna się ocieplać. Zwolennicy globalnego ocieplenia powoli zaczynali dominować nad zwolennikami globalnego ochłodzenia, chociaż i wśród nich daleko było do zgody nad tym co je powoduje i jak można mu przeciwdziałać. Szczególnie aktywni na tym polu byli naukowcy związani z różnymi organizacjami działającymi w ramach ONZ. Ich aktywność wystraszyła administrację Ronalda Reagana. Bojąc się ich wpływu na światową ekonomię Amerykanie zaczęli więc lobbować za powstaniem międzynarodowego ciała doradczego zajmującego się zmianami klimatu, licząc, że zdobycie wpływu na jedną organizację i zadbanie w niej o własne interesy będzie łatwiejsze niż zajmowanie się wszystkimi z osobna.

Dzięki wsparciu USA w 1988 roku powstał Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC). Na jego szefa wybrano naszego starego znajomego, Berta Bolina. Już dwa lata później IPCC wydał swój pierwszy raport. Jego autorzy w zasadzie powtórzyli to, co Bolin mówił już w latach siedemdziesiątych. Ziemia się ociepla, a winę za to ponoszą produkowane przez ludzi gazy cieplarniane, głównie CO2. I jeżeli nie ograniczymy radykalnie emisji, to wkrótce wszyscy się ugotujemy.

Dokument ten przeszedłby praktycznie bez echa, jak tony innej makulatury produkowanej przez różne organizacje ONZ. Jednak na szczęście dla naukowców Margaret Thatcher już dawno zrozumiała, że kwestia walki z klimatem może jej pomóc politycznie i stała się gorącą zwolenniczką teorii Bolina. W 1988 roku wygłosiła przemówienie przed Brytyjską Akademią Nauk, w którym ostrzegała przed niebezpieczeństwami globalnego ocieplenia i twierdziła, że potrzeba więcej rządowej kontroli nad przemysłem aby skutecznie z nim walczyć. Wkrótce potem założyła Centrum Przewidywania Klimatu im. Hadleya – organizację rządową skupiającą naukowców zajmujących się zmianami klimatu. Zatrudnieni w nim meteorolodzy nie mieli zamiaru kwestionować opinii o tym, że to CO2 odpowiada za globalne ocieplenie – być może bojąc się utraty sutych rządowych grantów. A ich praca wpłynęła w dużym stopniu na pierwszy raport IPCC. Żelazna Dama nie miała jednak zamiaru na tym poprzestać. Poświęciła się ostremu lobbingowi na rzecz walki z globalnym ociepleniem wśród innych światowych przywódców. I to właśnie ona miała namówić niedawno zmarłego prezydenta Busha do podpisania Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w Sprawie Zmian Klimatu w 1992 roku, która dzięki temu podpisowi zaczęła walkę z globalnym ociepleniem jaką znamy dzisiaj.

Zobacz także  Mucha cierpi na Azheimera

O ile mi wiadomo Thatcher nigdy nie przyznała, że jej fascynacja CO2 i globalnym ociepleniem była elementem jej rozgrywki z brytyjskimi związkami zawodowymi, jednak opinia taka nie należy wcale do rzadkości i nawet jej bliscy współpracownicy są przekonani, że właśnie o to chodziło. Czy tak było naprawdę czy też Maggie – bądź co bądź naukowiec z zawodu – naprawdę uwierzyła w to, że produkowane przez ludzi CO2 doprowadzi nas do zagłady, nigdy się już nie dowiemy.

Wiemy natomiast, że szybko jej przeszła fascynacja klimatem. W swojej książce Statecraft: Strategies for a Changing World, wydanej w 2002 roku, nie zostawiła suchej nitki na zwolennikach globalnego ocieplenia, nazywając zwolenników tej teorii szarlatanami, którzy wykorzystując to, że większość general public nie ma zielonego pojęcia o temacie. Stwierdziła również to, że walka z globalnym ociepleniem wymaga ponadnarodowej współpracy, a to oznacza, że jest fantastycznym argumentem dla zwolenników ponadnarodowego socjalizmu.

Ale było już za późno. I czy wierzymy w globalne ocieplenie czy pozostajemy wobec niego sceptyczni – to musimy pamiętać, że jakby nie Żelazna Dama, to politycy w Katowicach musieliby się spotkać pod jakimś zupełnie innym pretekstem.
Wiktor Młynarz

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here