Zawartość konserwatyzmu we współczesnych „konserwatywnych rewolucjach”

0
422

Dzisiejsza, nazwijmy ją tak dla uproszczenia, „konserwatywna rewolucja” widoczna i w Polsce i na świecie, w zasadzie niewiele wspólnego ma z konserwatyzmem jako takim. Jej fundamentami nie są Tradycja, Ład, Autorytet etc., które stanowią sedno konserwatyzmu. Jej fundamentem jest BUNT.

W konfrontacji z wieloma absurdami czy debilizmami obecnych postępowych utopii młodzi ludzie, których bunt jest przecież naturalną cechą, mówią, „no nie, po prostu *** nie”. Nie możesz mówić Murzyn, w oświeconej Unii banan musiał mieć odpowiednie zakrzywienie, muzułmańscy emigranci zarobkowi to uchodźcy, nie możesz określać płci człowieka, którego widzisz, musisz przyznać, że otyłe modelki są pociągające, a kobieta w rządzie to ministra. I tak w nieskończoność.

Dzisiaj role się odwróciły i to postępowy mainstream jest „reakcyjny”, cenzuruje, wprowadza tematy tabu i karze za złe zachowanie, a wszystko, co nie wpisuje się w ten nowy kanon wypychane jest na marginesy życia społecznego. I właśnie na tych marginesach tworzą się „alternatywy”, które tak przyciągają młodych.

Zwykła kolej rzeczy. Stanisław Grochowiak pisał, że „bunt nie przemija, bunt się ustatecznia”. Dzisiejszy mainstreamowy postęp, bunt sprzed wielu dekad, jest jak salon starej zrzędzącej ciotki, u której spotykają się stare panny i opowiadają historyjki, które nikogo nie interesują. Tu nie ma życia, nie ma wrzenia, nie ma fermentu, a wciąż musisz myśleć o tym, co na salonie powiedzieć wolno, a czego nie.

Jednym z najczęściej podnoszonych argumentów, skądinąd słusznym, jest to, że młodzi Polacy noszący koszulki z ŻW nie mają pojęcia ani czym było AK, ani NSZ, a niuanse, kręte ścieżki i niełatwe wybory ludzi okresu wojennego i powojennego przerastają ich możliwości poznawcze. Jednak z drugiej strony wywijanie tym argumentem jest zabawne; skoro żyjemy w społeczeństwach masowych, które angażowane są przez masowe ideologie, gdzie liczy się wyłącznie arytmetyka, to chyba normalne, że tak jest. Czy w latach sześćdziesiątych podczas hipisowskiego „lata miłości” ktoś zastanawiał się i pomstował, że studenci uczestniczący w rewolcie seksualnej w większości są debilami krzyczącymi na marszach Hồ Chí Minh i wymachującymi książeczkami Mao? Oczywiście, że nie, bo na rękę to było aranżerom „długiego marszu przez instytucje”. I dzisiaj jest tak samo.

Zobacz także  C'ville czyli o niebezpiecznych związkach słów kilka.

Wykształceni i nowocześni, którzy całe lata wytykali niechrześcijańskie prowadzenie się katolikom, dzisiaj sami są rozliczani ze swojego stosunku do wartości, o które rzekomo walczą: tolerancja, wolność słowa, otwartość, dialog. I okazuje się, że są ich największymi katami. Są sektą zwalczającą myślozbrodnie. Każdy szanujący się wyznawca postępu gardzi „faszystowską” działalnością. Z kolei uczestnik Marszu Niepodległości czy innej patriotycznej manifestacji, może pozwolić sobie na spacerowanie po mieście w koszulce z Hieronimem Dekutowskim „Zaporą” i z przyjemnością słuchać wykonawców LGBT czy lewaków z Radiohead czy The Knife.

Komentarze

komentarzy