Wybrzeże Wschodzącego Słońca, odc. 1: Samuraje i surferzy

0
1074

Jednym z najbardziej fascynujących momentów w nadmorskiej części prefektury Fukushima jest początek Nowego Roku, a przynajmniej tak było do 1 stycznia 2011 r. Podczas gdy mieszkańcy Europy chłodzą butelki szampana i czekają, aż na zegarach wybije północ, to mniej więcej w tym samym czasie Japończycy z wybrzeża Pacyfiku delektują się widokiem pierwszych promieni wschodzącego słońca. Niektórzy robią zdjęcia, oprawiają je w ramki i trzymają do kolejnego noworocznego pojawienia się złotej tarczy nad oceanem.

Niebo nad wschodnim wybrzeżem regionu Tōhoku jest zazwyczaj tego dnia pogodne, bo zimowe wiatry wieją z zachodu, a chmury nie mogą przebić się przez wysokie góry Ōu, które przypominają wygięty kręgosłup północno-wschodniej Japonii. Poza tym bezchmurne niebo sprawia, że tradycyjne domy pozbawione centralnego ogrzewania szybko się nagrzewają i dzięki temu łatwiej przetrwać najchłodniejszą porę roku. Zimowe miesiące najlepiej spędza się przy kotatsu – stoliku z umieszczonym pod spodem grzejnikiem i przykrytym kołdrą w celu zatrzymania ciepła – a także przy wolno stojącym piecyku na olej opałowy oraz pod elektryczną pościelą.

Powyższy opis pasuje nie tylko do Fukushimy, ale również do kilku innych miejsc położonych nad Oceanem Spokojnym. Jak zatem wyglądała ta rolnicza prefektura i co ją wyróżniało przed 11 marca 2011 roku? Po pierwsze, należy wymienić wspaniałe samurajskie tradycje, a w szczególności odbywający się pod koniec lipca festiwal Sōma Nomaoi. Po drugie, byli to surferzy, którzy potrafili czerpać satysfakcję z potężnych fal i w weekendy przemieniali ospałe plaże w coś co przypominało focze kolonie.

Warto również wymienić kominy licznych elektrowni kojarzące się z latarniami morskimi. Sam wielokrotnie, gdy zgubiłem się na nieznanym terenie, korzystałem z tego rodzaju nawigacji. Jednak duże obiekty rozlokowane na wybrzeżu stanowią niedogodność związaną z ich omijaniem. Zanim zostały wybudowane elektrownie, osoby mieszkające nad oceanem mogły swobodnie przemieszczać się wzdłuż plaży, teraz muszą nadrabiać kilka kilometrów, żeby dostać się do punktu oddalonego zaledwie o kilkaset metrów od domu. Katastrofa w elektrowni jądrowej Fukushima I sprawiła, że droga w wielu przypadkach wydłużyła się nawet o kilkadziesiąt kilometrów.

Zobacz także  Fidel, ostatni eksporter

Co warto jeszcze wiedzieć o prefekturze Fukushima? Składa się ona z trzech geograficznych części. Najbardziej wysunięty na wschód i rozciągający się wzdłuż wybrzeża Pacyfiku jest region Hamadōri, straszliwie dotknięty w marcu 2011 r. przez trzęsienie ziemi, tsunami oraz katastrofę jądrową. Centralną część prefektury stanowi region Nakadōri, który jest rajem dla miłośników gorących źródeł i amatorów górskich wycieczek. Tutaj znajduje się główny ośrodek polityczny – miasto Fukushima, często mylone przez ludzi z zewnątrz z nazwą prefektury i elektrowni jądrowej. Ostatnią część wypełnia region Aizu, znany z czasów feudalnych jako ostoja siogunatu Tokugawa, skąd wywodzili się najwięksi przeciwnicy restauracji władzy cesarskiej. Klan Aizu patronował słynnej specjalnej jednostce policji Shinsengumi, która w XIX w. siała postrach na ulicach Kioto.

Sōma Nomaoi – największa chluba Fukushimy

O festiwalu Sōma Nomaoi po raz pierwszy dowiedziałem się z przewodnika turystycznego, ale nie sądziłem, że pewnego dnia poczuję się jak prawdziwy samuraj. W 2009 r. w październikowy słoneczny dzień spotkałem się przed świątynią Nakamura z Masakazu Takezawą, sekretarzem stowarzyszenia zrzeszającego potomków samurajów z rejonu miasta Sōma, który w pełnym ekwipunku przywitał mnie z kilkuosobową grupą wojowników. Następnie zaproszono mnie do pomieszczenia, gdzie założono mi zbroję, przymocowano miecz i baner, a po wyjściu z budynku posadzono na pięknego białego konia. Wspaniałe uczucie!

Szkoda tylko, że nigdy nie wziąłem udziału w samym festiwalu jako odtwórca roli samuraja, a taka szansa pojawiła się w 2010 r. (udało się to zrealizować w 2015 r. – M.D.). Niemniej jednak cieszę się, że dano mi taką możliwość, bo człowiekowi z zewnątrz nie jest łatwo wejść do kręgu konserwatywnych japońskich organizacji. Przede wszystkim trzeba mieć przepustkę w postaci odpowiednich rekomendacji, albo być związanym z lokalną rodziną. W moim przypadku było to drugie. Dzięki japońskiej żonie zostałem zaakceptowany i otrzymałem zgodę na bezpośrednie uczestnictwo w tej prestiżowej imprezie.

Zobacz także  Jak skończyć z dyktatem Facebook-a? To proste.

Sōma Nomaoi to trzydniowy festiwal z udziałem potomków dawnych wojowników i niepowtarzalna okazja, aby zobaczyć pięciuset osobową samurajską kawalerię w pełnym ekwipunku. Tylu mniej więcej kawalerzystów uczestniczyło w imprezie przed tragedią z 11 marca 2011 r. (choć obecnie liczba ta wraca już do normy). Historia tego święta liczy ponad tysiąc lat, a jego początki nawiązują do manewrów wojskowych z wykorzystaniem dziko biegających koni. Zapoczątkował je założyciel klanu Sōma – Taira no Masakado. Po zakończonych manewrach, zwierzęta chwytano i prezentowano sintoistycznym bóstwom, aby pozyskać ich przychylność.

Pierwszy dzień festiwalu zaczyna się od ceremonii otwarcia, która przebiega równolegle w świątyni Nakamura w mieście Sōma oraz świątyniach Odaka i Ōta w mieście Minamisōma. Tego dnia można podziwiać wiele średniowiecznych rytuałów i zobaczyć przejazd konnicy samurajskiej ulicami wyżej wymienionych miast. W drugim dniu imprezy odbywa się duża parada kawalerii samurajskiej nawiązująca do okresu Sengoku, a po niej gonitwa końska i turniej, podczas którego jeźdźcy muszą złapać – wystrzeloną z armatki – opadającą flagę. W sumie wystrzelonych jest czterdzieści flag w dwudziestu seriach, co tworzy niesamowite widowisko. Wieczorem po zakończeniu zawodów odbywa się pokaz sztucznych ogni. Ostatni dzień imprezy, być może mniej spektakularny ale najbardziej nawiązujący do genezy całego festiwalu, kończy się na wyłapywaniu koni i prezentowaniu ich jako ofiara w świątyni Odaka.

Komentarze

komentarzy