Rafał Pasztelański – Krwawe lata transformacji

2
2957

Dębski był głęboko powiązany ze światem przestępczym?

Nie za bardzo. To przykład człowieka, który zachłysnął się tym, że poznał kogoś twardego. Mowa oczywiście o Jeremiaszu Barańskim, „Baraninie”, który obiecywał mu niesamowite z punktu widzenia urzędnika państwowego pieniądze. Jakie faktycznie interesy wspólnie prowadzili, nie wiadomo. Z pamiętników Dębskiego to nie wynika, ale trudno uwierzyć, że zabito go za skromną sumę rzędu kilkuset tysięcy dolarów, której zwrotu domagał się od gangstera.

Wróćmy do lat 90., w których praktycznie raz w miesiącu przez ulice polskich miast przechodzą marsze przeciw przemocy, a warszawscy restauratorzy protestują przeciw bezczynności policji ignorującej wymuszanie haraczy przez lokalne gangi.

Przerażające było to, że haracze wymuszane były przez gangi współpracujące z agencjami ochrony. Te drugie zaś miał oficjalne koncesje Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Wszyscy wiedzieli, że te firmy działają ręka w rękę z mafią, a jednak nikt nie odważył się odebrać im pozwoleń na działalność. Przecież nie było tak, że „Oczko”, „Nikoś”, „Kiełbasa”, „Malizna” czy „Dziad” pojawili się nagle w latach 90. Oni byli doskonale znani milicji od lat 80. W Instytucie Pamięci Narodowej można przeczytać raporty milicyjne z czasów komuny dotyczące działań przestępczych wszystkich późniejszych szefów mafii. Pojawia się pytanie, kto zadecydował o skutecznym zablokowaniu walki z tymi ludźmi?

Znów nie znamy konkretnych nazwisk?

Spójrzmy na ten okres systemowo. Nawet jeśli bandyci byli zatrzymywani przez policję, to śmiali się w twarz funkcjonariuszom, a po chwili wychodzili na wolność. Tu dochodzimy do hańbiącego dla środowiska prawniczego procederu współpracy mafii z sądami i prokuraturą. Bandyci byli puszczani wolno w efekcie braku wniosku o areszt lub wychodzili błyskawicznie za poręczeniem majątkowym. Nie jest chyba dziwne, że w takich warunkach obywatele zaprzestawali zgłaszania przestępstw policji. Po co się wychylać, skoro bandzior, który przyszedł do mnie po haracz, znajduje się na wolności i w każdej chwili może przyjść do mnie, żeby „wytłumaczyć mi mój błąd”? Lepiej zapłacić mafii i mieć święty spokój. Efekt tego był taki, że na przykład grupa mokotowska haraczowała wszystko, jak leci, począwszy od budek z warzywami, a skończywszy na dużych firmach.

Zobacz także  Sekcja specjalna ministerstwa kultury

Klasyczna mafia dba o mieszkańców swojej okolicy, zapewniając im spokój.

W Polsce nigdy tak nie było. Jedyne, co się liczy, to pieniądze i jak najszerszy do nich dostęp. Ma pan rację, że klasyczna mafia może działać, ponieważ ma wsparcie lokalnej społeczności. Nasz model mafijny jest bardziej wschodni niż włoski czy amerykański. Owszem, gangsterzy tacy jak „Pershing” remontowali drogi czy wykładali pieniądze na działalność charytatywną, ale to były raczej ich kaprysy niż systemowe działanie.

Czyli nie mieliśmy naszych Escobarów, którzy stawiali całe osiedla, żeby pozyskać przychylność obywateli?

W środowisku mafijnym krążą opowieści o polskich gangsterach, którzy potrafili wyjąć 10 tys. złotych i wręczyć je samotnej matce, ale to raczej bajki. W rzeczywistości chodziło tylko o jedno: żeby jak najbardziej „wydoić” każdego, bez względu na status społeczny. W Polsce nigdy nie obowiązywały żadne mafijne zasady, to legenda.

Znamy duże firmy, które padły ofiarą gangsterów?

Za przykład niech posłuży Shell, który był szantażowany zamachami bombowymi, ponieważ nie chciał płacić haraczu. W trakcie rozbrajania bomby, podłożonej na jednej ze stacji w Warszawie w roku 1996, zginął policjant, pirotechnik Piotr Molak. Tu znów wracamy do tematu finansowania policji. Począwszy od 1993 r., bomby wybuchały w Polsce praktycznie co kilkanaście dni. Nikt się tym jednak zbytnio nie przejmował, gdyż w wyniku eksplozji ginęli głownie bandyci. Przez całe lata nikt nie wpadł na pomysł, żeby kupić robota do rozbrajania ładunków. Kupiono go dopiero po śmierci policyjnego sapera. Podobnie było z kamizelkami kuloodpornymi. Zaczęto je kupować dopiero po śmierci Marka Sienickiego. Policjanta, który w 1992 r. de facto został rozstrzelany przez bandytów w Bytomiu. Jeden z policjantów powiedział mi, że sprzęt, który obecnie posiadają, jest opłacony krwią. Niestety, to prawda.

Zobacz także  Marcin Chludziński - Mit polskich śmigłowców

Ten stan zdaje się wciąż trwa. Niedawno odwiedziłem jeden z warszawskich komisariatów i ze zdumieniem odkryłem, że komputery, drukarki, faksy, a nawet czajniki oklejone są imionami policjantów, którzy przynieśli je z domów.

To prawda. Zbierając materiały do mojej książki, odwiedziłem wiele komisariatów na terenie całego kraju. Ich wyposażenie pamięta często lata 90. ub. wieku, a w niektórych wciąż stoją tak zwane „enigmy”, czyli maszyny do pisania. Z drugiej strony jednak policja jest coraz lepiej wyposażona w broń i sprzęt operacyjny.

Co z niepisaną zasadą, że do policjantów się nie strzela?

Włożyłbym to między bajki. Do policjantów zawsze się strzelało. Co innego jednak, gdy policja zatrzymuje bandytę i ten się „broni”, a czym innym jest sytuacja taka, jak z Bytomia, kiedy bandyci dokonują egzekucji przypadkowo napotkanego patrolu. Weźmy jednak bardziej znane przykłady, takie jak Parole i Magdalenka. W tym pierwszym przypadku wszyscy byli w szoku, że bandyci zaatakowali policjantów, którzy zajęli tira wartego milion złotych. Za takie sumy naprawdę nie warto wchodzić w strzelaninę z policją, a co dopiero zabijać funkcjonariuszy. Naprawdę cudem było, że policjanci zaopatrzeni we wspomniane sześciostrzałowe P64 przepędzili bandytów, raniąc część napastników. Gdyby przestępcy wytrzymali parę minut dłużej, doszłoby do kolejnej egzekucji, bo policjanci nie mieli już amunicji. Jak bardzo nie liczą się z policjantami, ci sami bandyci z gangu „Mutantów” pokazali rok później w Magdalence.

2 KOMENTARZE

  1. Czepiam się?

    „A tak naprawdę był to owoc typowo polskiego myślenia. Skoro nic się nie dzieje, to po co wydawać fundusze?”

    Kolejny dla którego Polska, i tylko Polska, to miejsce przeklęte. No bo Niemcy, którzy najpierw nawet w słowach głowy swojego wywiadu twierdzili, że nie ma obaw co do tożsamości wpuszczanych bez nadzoru tysięcy pustynnego luda, a później z rozbrajającą szczerością przyznali, że wśród uchodźców-nachodźców są przestępcy, wykazali się przenikliwością.

    Z tak myślącymi ludźmi nigdy w naszym kraju nie będzie dobrze. Bo jaki należy wyciągnąć wniosek z tak postawionej sprawy? Ano skoro TO ma wynikać z „typowego polskiego myślenia”, to trzeba pozbyć się jakichkolwiek oznak polskości, aby było dobrze. Zmiana musi oznaczać odejście od polskości, a nie na zmianie jej rzekomych znamion. Nie można liczyć na zmianę w obrębie polskości, nie można pozostawić śladu po polskości, bo przecież dla polskości ma to być „typowe”.

    Żeby było śmieszniej kilka zdań później padają słowa, które wskazują nie na zaniechanie spowodowane „typowo polskim myśleniem” jako czynnik zasadniczy, lecz na działania celowe bliżej nieokreślonych osób: „Patrząc jednak na różne decyzje, typu rozwiązanie wydziałów przestępczości gospodarczej w czasie największego boomu przemytu do Polski, zdrowy rozsądek podpowiada jednak, że to był sabotaż.” Rozmówca wiedzie na manowce myśl człowieka, który by chciał poznać przyczynę w celu naprawienia nieprawidłowości, a nie w celu wylania żalu i gniewu. Bo po tak wyrażonych zdaniach można tylko uderzyć w ton rozgoryczenia i złorzeczenia: „A to Polska właśnie!”, „Mój kraj taki piękny” itp.

    Czepiam się? Nie wydaje mi się.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here