Sekcja specjalna ministerstwa kultury

0
4025

Jak to wygląda w przypadku dzieł, które znalazły się w Rosji?

Jak na razie rozpatrzono jedno z ponad dwudziestu naszych zgłoszeń dotyczących naszych zabytków w Rosji. Rozpatrzono je negatywnie, ale sprawa się toczy. Jesteśmy w stanie udowodnić wszystkie te przypadki, w tym pochodzenie kolekcji 14 tys. monet zagrabionych z zamku w Malborku. W Rosji znajduje się kilkadziesiąt tysięcy obiektów wywiezionych z Polski. Mimo to, że wiemy na podstawie dokumentów, iż są w tamtejszych muzeach, nie jesteśmy w stanie udowodnić, że są one tam wciąż faktycznie. Tamtejsza dokumentacja urywa się często, a same obiekty nie są wystawiane publicznie. To sprawy prowadzone o wiele wyżej od nas i są mocno upolitycznione. Powodzenie ich zależy często od koniunktury lub widzimisię urzędników.

Poprawiła się za to sytuacja w Niemczech. Po aferze z 2014 r., kiedy to po śmierci Corneliusa Gurlitta, syna zaufanego marszanda Hitlera, który odziedziczył po ojcu cenną kolekcję sztuki zawierającą obrazy zrabowane przez III Rzeszę, w jego domu znaleziono blisko 1300 obrazów niewiadomej proweniencji. Co prawda, my nie znaleźliśmy tam naszych dzieł sztuki, ale w Niemczech rozgorzała wtedy dyskusja na temat zrabowanych w czasie wojny obiektów muzealnych.  Media zarzucały rządowi, że unika tej kwestii i jej ostatecznego rozwiązania. Sytuacja ta zbiegła się z naszymi długoletnimi staraniami o zwrot obrazu „Schody pałacowe” autorstwa Francesco Guardiego. Sytuacja medialna w Niemczech, którą zresztą umiejętnie wykorzystałyśmy, zaowocowała tym, że rząd niemiecki po raz pierwszy zdecydował się na zwrot Polsce tak wartościowego obiektu.

Od tego czasu nastąpił przełom i udało się odzyskać kilka innych ważnych dzieł wywiezionych do Niemiec. Czekamy na podobny przełom po stronie rosyjskiej. Tu warto wspomnieć o paradoksie, że dzieła sztuki znajdujące się w prywatnych rękach o wiele łatwiej jest odzyskać, niż te, które trafiły do zbiorów publicznych. To tym bardziej kuriozalne, że zwrot tych drugich jest dokładnie opisany w prawie międzynarodowym.

Zobacz także  Jarosław Rybak - Każdy chce być komandosem

Ile czasu trwa średnio procedura odzyskania danego dzieła?

Generalnie rzecz ujmując, czas ten w ciągu ostatnich lat znacznie się skrócił. Oznacza to jednak, że szybka ścieżka, nazwijmy ją  spektakularną, potrafi trwać parę miesięcy. W przypadku mniej spektakularnych akcji, niewspartych medialnie i politycznie, potrafi to trwać wciąż kilka lat, a i tak jest to często kwestia zmęczenia przeciwnika, znalezienia nowych sposobów, luk w systemie lub wręcz zmiany sposobu działania. W naszej pracy stawiamy na wytrwałość.

Wśród wszystkich odzyskanych przez panie dzieł na pewno trafiły się przypadki wyjątkowe.

Za taki uznajemy XV-wieczny, liczący 212 stron rękopis kazań i pism teologicznych. To prawdziwy Feniks odrodzony z popiołów, uznawany przez cały okres powojenny za ofiarę pożaru Biblioteki Narodowej podpalonej przez Niemców w październiku 1944 r. Na ślad dzieła, które nie miało prawa istnieć, natrafił jeden pracowników Uniwersytetu Warszawskiego, który, przeglądając zdigitalizowane zbiory biblioteki w Dreźnie, ze zdziwieniem skonstatował, że przed oczyma ma właśne tę księgę. Ta historia pokazuje, jak zawiłe mogą być losy zabytków.

Po wojnie obiekt ten znalazł się w ZSRR. Po latach, w ramach „braterskiej wymiany” z NRD, omyłkowo został przypisany do kolekcji pochodzącej z Niemiec i zwrócony. Od lat 50. był skarbem tamtejszej biblioteki, do czasu, gdy go odzyskaliśmy i oddaliśmy Bibliotece Narodowej w Warszawie. Jak trafił do Rosji? Wszystko wskazuje na to, że został w czasie wojny wywieziony do Rzeszy przez wiedeńskiego antykwariusza, doktora Klausa, który działał w hitlerowskim Sonderkommission. Tam stał się łupem wojsk sowieckich i wywieziono go do Związku Radzieckiego.

To zresztą nie jest koniec historii tego rękopisu. Zanim zaginął w czasie wojny, jeszcze za czasów caratu, po upadku powstania kościuszkowskiego znajdował się w zbiorach Biblioteki Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, skąd po upadku powstania listopadowego wraz z całym inwentarzem został zagrabiony przez władze carskie i włączony do Cesarskiej Biblioteki Publicznej. Odzyskano go dopiero po traktacie ryskim w 1921 r. Tu warto nadmienić, że z blisko 30 tys. obiektów muzealnych zwrócono nam wtedy zaledwie 12 tys. sztuk. Sprawa tego rękopisu napawa nas ogromnym optymizmem, ponieważ pokazuje, że tysiące obiektów muzealnych uznanych za bezpowrotnie utracone może czeka gdzieś na odkrycie i powrót do Polski.

Zobacz także  Jacek Bartosiak - W strefie zgniotu

Jak tłumaczą się ludzie przyłapani na posiadaniu ukradzionych dóbr kultury?

Tu warto powrócić do wspomnianej już „Diany”. Kiedy udało nam się poprzez pośredników dotrzeć od posiadaczki tej rzeźby, ta opowiedziała nam kuriozalną historię. Owa pani twierdziła, że rzeźbę nabył drogą kupna jej dziadek Austriak, który w 1946 r. przybył do Warszawy w ramach wymiany studenckiej. Pani upierała się przy swojej wersji, nie dając złego słowa powiedzieć o dziadku i nie przyjmowała argumentu, że w 1946 r. Warszawa leżała w gruzach i nie istniały żadne wymiany studenckie. Nadmieńmy też, że mówimy o statuetce, która mierzy blisko metr, jest marmurowa i waży ponad 60 kilogramów. Musiał być to więc niezwykle silny student…

Inna ciekawa historia dotyczy „Pomarańczarki”. O tym, że ma trafić na szybką aukcję, dowiedzieliśmy się na miesiąc wcześniej od jej ówczesnych właścicieli. Wszystko za sprawą listu wysłanego do muzeum w Katowicach, w którym poprosili o… urzędowe potwierdzenie, że jest to faktycznie obraz Aleksandra Gierymskiego. Katowice automatycznie poinformowały o tym Muzeum Narodowe w Warszawie, a ono przesłało sprawę do nas. Kontakt telefoniczny ze sprzedawcą szybko się urwał i zmuszone byłyśmy uruchomić nasze kontakty policyjne. Osób o podobnym do naszego rozmówcy nazwisku jest w Niemczech blisko 1800 i procedura ich weryfikacji mogła trwać nawet kilka miesięcy. Zanim jednak to nastąpiło, obraz pojawił się na aukcji, a my mogłyśmy użyć klasycznych procedur, co jak wspominałyśmy, nie było łatwe, lecz w finale wszystko skończyło się po naszej myśli. A cała historia zaczęła się od tego listu z prośbą o potwierdzenie autentyczności obrazu.

Czyli wizję, w której ścigają panie złodziei, czyhając na nich w ciemnych zaułkach z bronią w ręku i odzyskując obrazy podziurawione  kulami, należy włożyć między bajki?

I tak, i nie. Czasem trafiają do nas dzieła sztuki zabezpieczone przez policję w wyniku działań operacyjnych, które często mają mrożący krew w żyłach przebieg. My same jednak jesteśmy z daleka od takich wydarzeń. Spokojne z nas dziewczyny.

Zobacz także  Historia Kolbuszowej: Bogactwo i upadek. Część pierwsza.

Elżbieta Rogowska, Karina Chabowska i Katarzyna Zielińska z Wydziału Strat Wojennych Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here