Sekcja specjalna ministerstwa kultury

0
4041

Jak namierzyłyście ten przypadek?

Naszym codziennym rytuałem pracy jest monitoring rynku antykwarycznego. Wykorzystujemy w tym celu serwisy internetowe przeznaczone dla kolekcjonerów. Po wykupieniu dostępu, koszt to parę tysięcy złotych rocznie, ma się możliwość wpisania kilkuset twórców, którymi dany kolekcjoner jest zainteresowany. Odwróciłyśmy nieco mechanizm i wpisałyśmy tam wszystkich autorów, których mamy w bazach. Z codziennych raportów wyławiamy interesujące nas nazwiska i sprawdzamy, jakie konkretne ich dzieła trafiły na rynek. Tu nadmienimy, że sposób ten zaowocował trafieniem już pierwszego dnia jego stosowania na dzieło Oswalda Achenbacha „Via Cassia koło Rzymu” z 1878 r., które obecnie znajduje się z powrotem w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Inwestycja w narzędzie zwróciła się więc błyskawicznie.

To musi być mrówcza praca.

Zgłoszeń w ciągu tygodnia potrafi być blisko setka. Wszystkie je musimy zweryfikować, a to tylko jeden ze sposobów poszukiwań. Drugi także wynika z dobrodziejstw internetu. Praktycznie wszystkie galerie i muzea digitalizują obecnie swoje zbiory. Przeglądanie ich pozwala na wychwycenie tych obiektów, które są naszą własnością. I nie ma tu mowy o prostym wyszukiwaniu w Googlach z użyciem nazwiska i tytułu dzieła. To praktycznie nie działa. Tu ogromną zasługę mają wspomniani już wielbiciele polskiej sztuki, bardzo często eksperci w tej dziedzinie, którzy wyszukują i podsyłają nam podejrzane obiekty. To fantastyczna sprawa, bez tych ludzi wielu obiektów byśmy nie wychwyciły.

Znacie te osoby?

Osobiście nigdy ich nie poznałyśmy, ale jest to spora sieć. W chwili, kiedy w małym domu aukcyjnym po Hamburgiem wypłynęła słynna już „Pomarańczarka” Gierymskiego, informacja o tym spłynęła do nas jednocześnie z kilkunastu miejsc na świecie.

Jak wygląda procedura po namierzeniu danego dzieła?

Obiekt wypływa, my go wyłapujemy i pierwszym krokiem jest bombardowanie domu akcyjnego urzędowymi pismami, telefonami. Chodzi o zatrzymanie aukcji poprzez poinformowanie odpowiednich służb w celu zabezpieczenia danego dzieła, nie zaś o automatyczne jego odebranie. Chodzi o czas na dokładne przebadanie danego dzieła. Musi je zobaczyć historyk sztuki i konserwator, którzy stwierdzą ze stuprocentową pewnością, że mamy do czynienia z obrazem czy rzeźbą, których poszukujemy. Istnieje przecież ryzyko, że mamy do czynienia z kopią lub falsyfikatem. Nigdy przecież na podstawie samych zdjęć nie można być pewnym, czy to oryginał. W tym momencie istotne są takie szczegóły jak: zachowane na obrazie włosy pędzla, uszkodzenia, dokładna identyfikacja stylu, w jakim dane dzieło powstało. To często żmudny proces, gdyż część skradzionych w czasie wojny dzieł sztuki dziś jest daleka od oryginału.

Zobacz także  Rafał Ziemkiewicz - Wyleczmy się z martyrologii

Nie chodzi tu, jak sądzę, o domalowane wąsy.

Jako przykład podamy jedną z pastel Aksentowicza, która nadgryziona zębem czasu nie przypominała siebie. Czasami jest to efekt źle przeprowadzonych konserwacji lub domalowania. W takich sytuacjach spotykamy się często z linią obrony, że to nie ten obiekt, którego szukamy. Tu właśnie wkraczają konserwatorzy sztuki, którzy dzięki swoim umiejętnościom potrafią odtworzyć pierwotną percepcję dzieła lub zniszczone znaki własnościowe. Dopiero wtedy możemy podjąć dalsze kroki restytucyjne. Często, by do tego doszło, korzystamy z usług laboratoriów kryminalistycznych czy Laboratorium Analiz i Nieniszczących Badań Obiektów Zabytkowych LANBOZ w Krakowie.

Jak reagują na wasze zgłoszenia właściciele, domy aukcyjne czy muzea?

Większość domów aukcyjnych współpracuje z nami bez większych zastrzeżeń. Zdarzają się jednak takie, które uważają, że skoro jesteśmy z Polski, to nasze kompetencje nie są zbyt duże.

I tu się srogo mylą.

To prawda. Nie przypominamy sobie sytuacji, w której nawet przy wyjątkowo wrogiej postawie domu aukcyjnego nie udało nam się zablokować sprzedaży interesującego nas dzieła. W przypadku wspomnianej „Pomarańczarki” miałyśmy okazję przetestować po raz pierwszy współpracę z Interpolem. Tu uzyskaliśmy kontakt z prawnikiem z Hamburga, który specjalizował się w zajmowaniu ładunku statków.

Statków?

Tak, statków. Cumują one bardzo krótko w portach, a on znał wszystkie ścieżki prawne służące do błyskawicznego wyroku sądu pozwalającego na reakcję odpowiednich służb. Wykorzystałyśmy jego unikatową wiedzę i „Pomarańczarka” została zablokowana na chwilę przed aukcją.

Współpracujecie z Interpolem, policją kryminalną, prokuraturą…

Oraz FBI i U.S. Homeland Security Investigations i faktycznie współpraca z amerykańskimi służbami układa się najlepiej. Uznajemy ją za najbardziej efektywną i wzorcową. Wynika to z amerykańskiej specyfiki. Uprawnienia tamtejszych służb są naprawdę szerokie i widać przy okazji duży szacunek i estymę, jaką się cieszą. Często wystarcza tam tylko rozmowa z oficerem FBI, żeby obywatel zwrócił dzieło bez zbędnych oporów. Obywatel Stanów Zjednoczonych wie, że jeśli pochodzenie danego obiektu jest niepewne, to upieranie się przy swoim, może ściągnąć na głowę ogromne nieprzyjemności. W efekcie żaden kolekcjoner nie chce mieć nic wspólnego z nielegalnymi obiektami.

Zobacz także  Strząśnięcie długów

To też efekt niezwykle klarownych przepisów dotyczących wwozu zabytków na teren USA. Kilkukrotnie odzyskiwaliśmy dzieła sztuki nie na bazie umów o stratach wojennych tylko w efekcie braku dokumentacji danego obiektu. Przepisy mówią, że jeśli takiej dokumentacji nie ma, a przypadku dzieł zagrabionych istnieć nie mogą, udowodnienie prawa własności leży po stronie osoby posiadającej dane dzieło. My takie dokumentacje posiadamy, jesteśmy więc na z góry wygranej pozycji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here