Mazowiecki – kat trójmiasta

0
6392

1990 rok – pałki „nowej władzy” na głowach młodzieży z FMW

Był rześki styczniowy dzień, kiedy to młodzież z całej Polski protestowała podczas zjazdu PZPR odbywającego się w Pałacu Kultury i Nauki w centrum Warszawy. Zgromadzili się pod nim anarchiści, socjaliści, antykomuniści, członkowie Federacji Młodzieży Walczącej. Kwiat antykomunistycznej opozycji. Kiedy tłum zaczął szturmować Salę Kongresową, do akcji przystąpiło ZOMO brutalnie pacyfikując wielotysięczną manifestację. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że demonstracja miała miejsce w 1990 roku w dniu likwidacji PZPR, a ZOMO wysłane zostało na protestantów za przyzwoleniem ówczesnego premiera Tadeusza Mazowieckiego.

Interwencja milicji była niezwykle brutalna. Uczestnicy demonstracji pamiętający starcia z ZOMO z czasów komunizmu wspominali, że nigdy wcześniej akcja służb porządkowych nie była tak bezpardonowa. W jej trakcie pobito dziennikarzy, w tym korespondenta prasy japońskiej.

„Dwóch umundurowanych osiłków, którzy najpierw do spółki z innymi dwoma kolegami obili korespondenta japońskiej gazety dobrało się również do mnie. Uzbrojeni po zęby nie reagowali na żadne argumenty /…/ szepcząc jak modlitwę: »Zabiję cię skurwysynu!«. Krew z twarzy tłuczonego opodal dzieciaka zaplamiła socrealistyczną kostkę przed wejściem do Sali Kongresowej”– opisał akcję w swojej relacji dziennikarz „Kuriera Polskiego” Igor Śnieciński.

Demonstracja pod konsulatem sowieckim, 16 maja 1989 r. (fot. Andrzej Stawiarski, zbiory FCDCN)

Regularna bitwa manifestantów z trzema tysiącami milicjantów trwała od rozpoczęcia Teleexpresu do późnych godzin wieczornych. W jej trakcie spłonął milicyjny radiowóz. Jeśli ktoś miał wątpliwości, że za użyciem ZOMO stał jedynie sprawujący funkcje szefa MSW generał Kiszczak, to kolejny dzień rozwiać musiał jego wątpliwości. Cofnijmy się jednak w czasie. Do zarania konfliktu wewnątrz opozycji rozgonionego w finale pałami zomowców.

Młodzi nie chcą siadać do stołu

Fala strajków, która przetoczyła się przez Polskę w roku 1988 zakończyła się rozłamem w środowisku solidarnościowym. Część, która później usiadła do Okrągłego Stołu uznała, że trzeba dogadać się z reżimem Jaruzelskiego i rozpoczęła negocjacje z władzą. W gruncie rzeczy była to kontynuacja rozmów, jakie jeszcze w 1985 roku zapoczątkował Jacek Kuroń, jednak teraz stały się one oficjalne. Przeciwni umowom z komunistami byli głównie młodzi działacze opozycyjni, dla których Sierpień ‘80, nie był doznaniem osobistym, a tuzów porozumień sierpniowych mieli za starszych panów nieogarniających rzeczywistości. Jeśli już uznawali kogoś za autorytet, to bardziej Kornela Morawieckiego z Solidarności Walczącej niż Lecha Wałęsę czy Władysława Frasyniuka.

Nigdy z komuną nie będziem w aliansach
Nigdy głosować na nią nie będziemy
Bo u Kornela my na ordynansach
Słudzy ekstremy – nieformalny hymn FMW

Prym wiodła po tej stronie sporu Konfederacja Polski Niepodległej i Federacja Młodzieży Walczącej, aczkolwiek w tym samym czasie powstały i działały też inne organizacje antysystemowe. Co ciekawe, z dzisiejszego punktu widzenia trudno było je wszystkie wrzucić do jednego worka z napisem „prawica”. W protestach w roku 1988 brały udział organizacje lewicowe takie jak Polska Partia Socjalistyczna, czy powstały w 1983 roku Ruch Społeczeństwa Alternatywnego przekształcony z czasem w Federację Anarchistyczną. W samym FMW istniały dwie frakcje. Twarda antykomunistyczna, i ujmując temat dzisiejszym językiem lewacka, związana Pomarańczową Alternatywą. Wszystkie te grupy protestowały na ulicach, wdając się w zadymy z milicją przez cały czas trwania Okrągłego Stołu psując obrazek pojednania ponad podziałami i consensusu społecznego.

Zobacz także  Rafał Ziemkiewicz - Wyleczmy się z martyrologii

Geremek łagodzi obyczaje

Krótko przed wyborami w roku 1989 w Polskę ruszyła procesja pod przywództwem Bronisława Geremka. Jej zadaniem było ostudzenie rewolucyjnego zapału zrewoltowanej młodzieży, która wbrew ustaleniom okrągłostołowym nijak nie potrafiła zrozumieć logiki etapu i miast szykować się do „pierwszych wolnych wyborów” wyszła na ulice. Przekaz był prosty: „Przestańcie dymić, układamy się z komunistami czysto ironicznie, a jak tylko wygramy puścimy czerwonych w skarpetach”. W tworzonej właśnie Gazecie Wyborczej pojawił się dział „13 kolumna” redagowany przez Krzysztofa Skibę, jednego z liderów Pomarańczowej Alternatywy w Trójmieście. Relacjonowano w niej działania zadymiarzy, wynosząc pod niebiosa patriotyczną postawę antykomunistycznej młodzieży. W trakcie obrad Okrągłego Stołu jednym z głównych punktów programu była legalizacja NZS, która napotkała na spory opór komunistów, jak i części opozycji.  Uliczne demonstracje w tej sprawie przeważyły szalę i NZS wreszcie zalegalizowano. Wszystkie te działania na niewiele się jednak zdały.

Trzy dni przed wyborami w 1989 roku milicja musiała rozpędzać pałkami studentów protestujących przeciw „wolnym wyborom” a kolejne miesiące przyniosły fale ulicznych demonstracji przeciw układowi z komunistami i rządowi Mazowieckiego. Styczeń 1990 był ich kulminacją i zarazem początkiem końca jedności środowisk protestujących przeciw ustaleniom Okrągłego Stołu.

Pacyfikacja w Gdańsku

Dzień po spacyfikowaniu protestów pod warszawskim Pałacem Kultury, protesty przeniosły się do Gdańska. Do wracających ze stolicy uczestników demonstracji dotarły informacje, że w gdańskiej siedzibie PZPR trwa w najlepsze niszczenie dokumentów partii komunistycznej. Tłum błyskawicznie opanował budynek i zastał w środku dwie pracujące pełną parą nowiutkie niszczarki oraz kotłownię pełną spalonych i czekających na zniszczenie dokumentów. Zarządzono okupację budynku informując o sytuacji władze. Na miejscu szybko pojawił się prezydent miasta Jerzy Pasiński i ku zdumieniu zebranych oznajmił, że na osobiste polecenie związanych z rządem Tadeusza Mazowieckiego Aleksandra Halla i Jacka Ambroziaka budynek ma zostać natychmiast oczyszczony z ekstremistów.

Zobacz także  Antony Beevor - Ardeny, bitwa amatorszczyzny ze chciejstwem

Jednocześnie pojawiła się informacja, że w przeciwnym wypadku pierwszy niekomunistyczny rząd znów użyje w obronie komunistów oddziałów ZOMO. Stało się tak o godzinie 23, kiedy do budynku PZPR wkroczyły siły milicyjne wspierane przez jednostkę antyterrorystyczna uzbrojoną w topory, kastety i broń automatyczną. Wypchniętych na zewnątrz budynku uczestników okupacji rozgoniły te same polewaczki, które nie tak dawno używane były do rozpraszania protestów w czasie stanu wojennego.

Co istotne, pacyfikacja protestu przerwała negocjacje, w których po stronie studentów stanęli Czesław Nowak i Edmund Krasowski, członkowie Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego będącego owocem wyborów 1989 roku. Jak poinformowano zebranych, premier Mazowiecki osobiście podjął decyzję o siłowym rozwiązaniu.

Jego finałem było wspólne oświadczenie Federacji Młodzieży Walczącej, Polskiej Partii niepodległościowej i Niepodległościowej Partii Solidarność uczestniczących w opisanej powyżej sytuacji, kończące się jakże znamiennym dziś fragmentem:

„Rząd Mazowieckiego wydając podobny rozkaz stanął przeciwko dążeniom własnego narodu, przedkładając obronę partykularnych interesów przestępczej partii ponad oczywiste dobro społeczne. Dzięki interwencji sytuacja »unormowała się« a kominy dalej dymią nad KW i innymi obiektami”.

Co najciekawsze zarówno sam Tadeusz Mazowiecki, jak i Aleksander Hall długo jeszcze utrzymywali, że nie mieli pojęcia o niszczeniu akt bezpieki i PZPR.

Akcję ZOMO poparł sam Lech Wałęsa, który 14 lutego, a więc w dwa tygodnie po incydencie w Gdańsku ze schodów kościoła świętej Brygidy grzmiał, że protesty przeciw nowej władzy  przeprowadzane są przez agentów bezpieki, a FMW oskarżył o brak kultury politycznej i defraudację pieniędzy. Kilka dni później, na zamkniętym spotkaniu ze związkiem zawodowym milicjantów dodał: „Jeśli prawo będzie łamane jestem gotów sam wziąć w rękę pas i w dupę lać”. Co zabawne, była to odpowiedź na pytanie jednego z funkcjonariuszy milicji, który poczuł się zagubiony i nie dowierzał, że nowa władza faktycznie zgadza się na pacyfikowanie swoich niedawnych sojuszników, protestujących pod tymi samymi hasłami, które wyniosły do władzy zarówno Wałęsę, jak i Mazowieckiego.

Zobacz także  Merytokracja, czyli rządy aktorów

Wkrótce po tych wydarzeniach, z łam Gazety Wyborczej znika „13 kolumna” prowadzona przez Krzysztofa Skibę, a w pierwszą rocznicę wyborów 1989 znaczek „Solidarności” z loga Gazety Wyborczej. Wąż historii pożarł swój ogon.

Tekst ukazał się pierwotnie w Tygodniku ABC

Komentarze

komentarzy