Dlaczego podziwiam Ormian

2
19
Haghpat. Współczesna wieś na tle tysiącletniego monastyru o tej samej nazwie.
Haghpat. Współczesna wieś na tle tysiącletniego monastyru o tej samej nazwie.

Z czterech sąsiadów dwaj to zaprzysięgli wrogowie. W dodatku wrogowie rosnący w gospodarczą i militarną siłę. Pozycja Ormian nie jest godna pozazdroszczenia. Ci jednak nadal trwają, już od tysięcy lat.

Miesiące zadymy na Ukrainie zepchnęły tę informację w niepamięć, ale Wiktor Janukowycz nie był jedynym politykiem, który zdecydował się odmówić Unii Europejskiej, by współpracować z przewodzoną przez Rosjan Unią Celną. Wcześniej podobną decyzję podjął premier Armenii, a informacja o tym wzbudziła zdziwienie wśród wielu zachodnich komentatorów. Jednak jeśli ktoś zastanowił się nad sytuacją Ormian, to bardziej zaskakujące mogło być to, że ktoś w ogóle dziwił się takiemu wyborowi.

Choć historia Ormian sięga czasów przed Chrystusem, to przez jej większość nie mogli się oni cieszyć swoim państwem. Zamiast zastanawiać się nad tym, jak zdobyć wolność, mogli co najwyżej dyskutować, który z obcych panów będzie mniej uciążliwy. Bizancjum, Turcja czy Rosja zmieniały się w roli rządzących tym małym narodem. Pozbawieni praw politycznych, Ormianie rozwijali przedsiębiorczość i budowali swą pozycję w gospodarce.

Nie tylko zresztą w państwach, które podbiły Armenię, ale też na całym świecie, gdyż wielu przedstawicieli tego narodu wyjeżdżało do innych krajów, w tym do Rzeczypospolitej. Sporo znanych Polaków miało ormiańskie korzenie, z żyjących teraz wymienić można chociażby księdza Isakowicza-Zalewskiego czy Roberta Makłowicza. Szczególnie silna jest diaspora we Francji czy też Stanach Zjednoczonych, która z powodu swojego przywiązania do kraju przodków jest jednym z największych atutów politycznych Erywania.

A ten takich atutów potrzebuje jak mało kto. Jeszcze zanim ogłoszono niepodległość, Armenia już była zaangażowana w wojnę. Formalnie będące członkami Związku Radzieckiego Azerbejdżańska i Armeńska SSR w 1988 roku rozpoczęły walkę o Górski Karabach. Ten górzysty skrawek ziemi, na którym od zawsze przewagę demograficzną mieli Ormianie, w czasach Sowietów podporządkowano, zgodnie z zasadą „dziel i rządź”, władzom w Baku. Seria drobnych incydentów doprowadziła do wojny, w wyniku której Górski Karabach zdobył faktyczną, choć nieuznawaną przez większość państw niezależność od Azerbejdżanu.

Zobacz także  Euro po euro

Ormianie i Azerowie do dziś, dwadzieścia lat po zakończeniu walk, nie podpisali traktatu pokojowego. Granica między dwoma państwami jest zamknięta, a kontakty między oboma narodami są sporadyczne. Może to i lepiej, jeśli zważymy na historię Ramila Safarowa.

Ramil Safarow (fot. AFP / Attila Kisbenedek)
Ramil Safarow (fot. AFP / Attila Kisbenedek)

Ten azerski żołnierz brał udział w kursie angielskiego organizowanym przez NATO w Budapeszcie. Uczestniczyło w nim również dwóch Ormian. Safarow, pochodzący z Karabachu, postanowił zemścić się na nich za krzywdy swojego narodu. Uzbrojony w siekierę zabił jednego i próbował dostać się do pokoju drugiego. Przez węgierski sąd został skazany na trzydzieści lat więzienia, jednak po ośmiu latach przekazano go władzom w Baku. Według umowy między węgierskim i azerskim rządem, miał odbyć tam resztę kary, jednak został natychmiastowo ułaskawiony, a nawet dostał awans.

Dlaczego Węgrzy oddali Azerom Safarowa?

Azerbejdżan śpi na ropie. Sto lat temu fortunę zrobił tu między innymi Alfred Nobel, a teraz petrodolary pozwalają na naśladowanie Dubaju i budowę sztucznych wysp na kaspijskim wybrzeżu. Głodna energii Europa, szukając źródeł niezależnych od Rosji i krajów arabskich, nie ma wielkiego wyboru. Dla azerskiej nafty gotowa jest zrobić wiele. Do tego Baku jest niemożliwym do pominięcia punktem na trasie gazu ziemnego z Turkmenistanu. Wszystkie pomysły budowy omijających Rosję gazociągów przechodzą właśnie przez ten port nad Morzem Kaspijskim. Armenia nie ma nic, co mogłoby zrównoważyć azerskie argumenty. Azerowie wykorzystują to zaś podczas negocjacji z rządami państw zachodnich.

Największym sojusznikiem Azerów są Turcy. To dwa bardzo bliskie sobie kulturowo i językowo narody. W 1993 roku, podczas walk w Karabachu, Ankara zamknęła swoje granice z Armenią i nie otworzyła ich do tej pory. Poza konfliktem azersko-ormiańskim, cieniem na stosunki Erywania z Turcją kładzie się ludobójstwo, jakiego dokonał rząd w Stambule podczas pierwszej wojny światowej.

Trzeba wiedzieć, że obecna Armenia to zaledwie skrawek (jedna dziesiąta) ziem, które kiedyś zamieszkiwał ten naród. Terytoria zaludnione przez Ormian rozciągały się dawniej między trzema morzami – Czarnym, Śródziemnym i Kaspijskim. Jeszcze sto lat temu połowa narodu żyła na terenach należących dziś do Turcji. Takie miasta jak Erzurum, Van czy Diyarbakir były w dużej części ormiańskie. Oskarżeni przez rządzących w Stambule młodoturków o sprzyjanie Rosji, Ormianie zostali zmuszeni do opuszczenia swoich domów i morderczej wędrówki na syryjskie i irackie pustynie. Prawie dwa miliony ludzi zginęły wtedy z głodu, wycieńczenia lub od tureckich kul i bagnetów.

Zobacz także  Gra o tron

Ankara do tej pory nie przyznała się do ówczesnej zbrodni, choć trzeba zauważyć nieśmiałe próby wspominania o niej przez obecnego premiera, Recepa Erdoğana.

Z czterech sąsiadów Armenii, dwóch ma więc zamknięte granice. Kontakt ze światem zewnętrznym ma Erywań tylko przez Gruzję i Iran. O ile ten ostatni, rywalizujący na wielu płaszczyznach z Turcją, może być uznany za przyjaznego, o tyle o Gruzji nie można tego powiedzieć. Dwaj największy partnerzy gospodarczy Tbilisi to Turcja i Azerbejdżan. Do tej pierwszej obywatele Gruzji mogą wjechać bez paszportu, tylko na dowód. W wypadku ewentualnego konfliktu, Gruzini najpewniej nie będą się angażować, a na pewno nie staną po stronie Ormian.

Na dodatek Armenia jest po prostu biedna. Spore obszary wyglądają jak jakiś Afganistan, gdzie „kamień kamieniem przykryty”. Zimy potrafią być lodowate, za to w lecie temperatury nie spadają poniżej 30-35 stopni. Brak jest lasów, a więc i drewna, stąd częstym budulcem jest kamień o charakterystycznej, ciemnoczerwono-brązowej barwie.

Ta surowa kraina żywi około trzy miliony ludzi. Azerbejdżan ma trzy razy więcej obywateli (plus dwa razy tylu rodaków mieszkających na północy Iranu), Turcja dwadzieścia pięć razy tyle. W dodatku są to kraje rozwijające się w zawrotnym tempie. O ile na początku lat dziewięćdziesiątych pieniądze diaspory mogły pomóc w wygonieniu Azerów z Karabachu, o tyle teraz mogą już nie wystarczyć.

Armenia, w przeciwieństwie do ludzi Zachodu, ma świadomość znaczenia geografii. Lekcję dostali chociażby w pierwszych latach niepodległości, kiedy z powodu wojny domowej w Gruzji zostali w praktyce odcięci od źródeł energii. Świetnie opisał to Wojciech Jagielski w „Dobrym miejscu do umierania”. Opowieść o ministerstwie energetyki, w którym nie działają kaloryfery, zostaje w pamięci na długo.

Nic dziwnego, że Erywań z nadzieją patrzy na Moskwę. Problem w tym, że Armenia i Rosja nie mają wspólnej granicy. Najbardziej namacalną pomocą jest obecność dwóch rosyjskich baz – w Erywaniu i w Giumri. Ormianie sami je utrzymują, zaopatrują na swój koszt w energię i wodę. Choć nie wszyscy lubią rosyjską obecność, jednak większość popiera ją z powodu braku wielkiego wyboru.

Zobacz także  Kebab (nadal) strong

Jest bowiem czego bronić. Żyjąc w tak trudnych warunkach, udało się Ormianom zachować swoją wyjątkowość. Nie chodzi tu tylko o język, czy też niepodobny do żadnego innego alfabet. Armenia to przede wszystkim pierwsze chrześcijańskie państwo na świecie. W 301 roku król Tirydates III, do tej pory zwalczający wyznawców Jezusa, dał się przekonać Grzegorzowi Oświecicielowi i przyjął chrzest wraz z całym swym państwem.

Znajdujący się na rubieżach świata chrześcijańskiego, Ormianie odłączyli się szybko od reszty chrześcijan. Kościół ormiański, podobnie jak Etiopczycy i egipscy Koptowie, nie uznał zmian wprowadzonych na soborze chalcedońskim w 451 roku. Różnice widać nie tylko w dogmatach, ale też w estetyce. Jest coś fascynującego w szatach ormiańskich duchownych, które przypominają stroje czarnoksiężników, z kapturami jak u średniowiecznych katów. Niesamowite wrażenie sprawiają również zabytkowe monastyry, rozsiane po całej Armenii. Te położone w górach, mające często więcej niż tysiąc lat, surowe konstrukcje są najciekawszymi obiektami w tym pozbawionych historycznych miast kraju. W dodatku można je podziwiać w spokoju. Tak, jak chociażby tysiącletni monastyr w Haghpat.

Chociaż obiekt znajduje się na liście UNESCO, to poza mną była tam tylko staruszka wycierająca kurze i sprzedająca widokówki. Zaraz za murami chrumkały sobie świnki, a mieszkańcy wioski załatwiali swoje codzienne sprawy.

Wszystko to mogłoby się dziać tysiąc lat temu. I coś mi mówi, że tak samo będzie za następny tysiąc. Ormianie są bowiem wyjątkowymi talentami w sztuce trwania.

Komentarze

komentarzy