Krwawe piosenki

0
42
Baja Mali Knindža
Baja Mali Knindža

W latach 90-tych Serbowie, Chorwaci i Boszniacy walczyli, używając nie tylko karabinów, ale też słów. W efekcie powstały setki utworów, w których każda ze stron próbuje przekonać innych o swojej wyższości. Kto robi to najlepiej?

Być może słowa nie są aż tak skuteczne, jak naboje, jednak wielu uważa, że warto spróbować. Stąd też konflikty zbrojne są nierozłącznie związane z lepszą lub gorszą twórczością literacką, w której walczące strony próbują dopiec sobie jak najbardziej. Często formy są bardzo krótkie, a miejscem publikacji są ściany. Znamy to i z polskiej historii, wszystkie te „tylko świnie siedzą w kinie” czy „Hitler kaput”.

Ładna fasada
Ładną macie elewację

Bałkany to właściwie jeden wielki napis na ścianach. Rywalizować z nimi pod tym względem może chyba tylko Irlandia Północna. Są wszędzie – wulgarne i dziecinne, polityczne i abstrakcyjne, będące protestem czy wyznaniem uczucia. Po paru dniach już przestaje się na nie zwracać uwagę. Są tak wszechobecne, jak powietrze czy ziemia pod nogami.

Czasem jednak twórczość przyjmuje formy bardziej skomplikowane. Ktoś dołoży muzykę do paru rymowanych wersów, a taki utwór śpiewany jest później przez rzesze ludzi, którzy tylko w ten sposób mogą „walczyć” z przeciwnikiem. I właśnie o takich dziełach będę dzisiaj pisał. Konkretniej, o piosenkach nagrywanych podczas jugosłowiańskich wojen w latach 90-tych.

Tematem zainteresowałem się, kiedy siedząc w nowosadzkiej kafanie, nagle zobaczyłem, że wszyscy dookoła wstali i zaczęli śpiewać piosenkę, którą ktoś puścił właśnie z komputera. Nikola, z którym tam siedziałem, wytłumaczył mi, że to utwór, który śpiewali walczący w Bośni Serbowie. Co ciekawe, nie mówi on wcale o wojnie, a o miłości. Nagrany został zresztą jeszcze przed wojną i sam autor musiał się zdziwić jego dalszymi losami. Mitar Mitić przyrzeka w nim swojej ukochanej, że

Nikt nic nam nie zrobi,
Jesteśmy silniejsi od przeznaczenia.
Mogą nas tylko nienawidzić,
Ci, którzy nas nie lubią

Tekst pasował jednak bośniackim Serbom, którzy śpiewając chcieli pokazać, co też mogą zrobić im Boszniacy, Chorwaci i cały nastawiony przeciw nim świat.

Zobacz także  Boniek nie ma czołgów

Kawałek Miticia to wyjątek. W innych piosenkach, o których chcę pisać, o wojnie mówi się dosłownie. Tak jak w chyba najbardziej popularnych utworze tego typu, który znany jest internautom o zwichrowanym poczuciu humoru jako „SERBIA STRONG”:

Pan o praktycznie nieistniejącym uzębieniu nawołuje Radovana Karadżicia, by ten prowadził „swych Serbów” do walki z „chorwackimi ustaszami” i „Turkami”, czyli Boszniakami. Na akordeonie przygrywa mu pan o niewzruszonym spojrzeniu i niezaobserwowanej mimice. Większy profesjonalizm prezentuje ciągle nagrywający Baja Mali Knindża, o którym pisano na portalu Bałkanistyka.info. Ten gwiazdor turbofolku1 w jednym ze swoich największych hitów tłumaczył przywódcy Boszniaków, Aliji Izetbegoviciovi, dlaczego go nie lubi i jak wielki błąd popełnił, zakłócając Serbom spokojny sen. Izetbegović jest zresztą jednym z największych szwarccharakterów i nagrano o nim niejeden utwór.

Boszniacy nie pozostali dłużni, jednak ich utwory są zazwyczaj zdecydowanie bardziej niewinne. Dino Merlin śpiewa w „Wojowniku szczęścia”, że „nie chce umrzeć od śmierci, chce umrzeć z miłości”. W teledysku uśmiechnięci, młodzi chłopcy bawią się w wojnę, a jeden z nich daje dziecku czekoladę. Jeszcze bardziej rozczulający jest, utrzymany w rytmach rodem z twórczości Ace of Base, hymn pochwalny na cześć bośniackiej policji. Jedyny wyjątkowo ostry utwór Muzułmanów, jaki znalazłem, to „Nećemo vas tući” („Nie będziemy was bić”), w którym boszniaccy „wojownicy szczęścia” deklarują:

Kocham cipki
Cipki katolickie
Choć i serbskie
Nie są złe
Ustaszki, ustaszki
Nie będziemy was bić
Będziemy was jebać
I łapać za cycki

Tak wygląda pewnie „umieranie z miłości”. Tekst wygląda surrealistycznie tuż obok innych utworów, w których „odpowiedź jest znana: półksiężyc i gwiazda”, a pytanie stawia „Turecki syn, mudżahedin”.

Najostrzejsze są chyba teksty piosenek chorwackich.Tak jest z utworem „Jasenovac i Gradiška Stara”.

Skoczna melodia wygrywana na harmonii (dżentelmen to ktoś, kto potrafi grać na akordeonie, ale tego nie robi) i wesołe głosy wokalistów. Ci, którzy nie znają języka, mogą pomyśleć, że utwór opowiada o jakiejś wesołej popijawie w kafanie, czy też o wyjątkowo śmiesznym wydarzeniu. Tymczasem już w pierwszych wersach dowiadujemy się o tym, że „Jasenovac i Gradiška Stara to dom rzeźników „Maksa””. W dwóch wymienionych miejscowościach funkcjonowały obozy koncentracyjne, w których miejsce miały okropności, o których już pisałem. „Maks” zaś to Vjekoslav Luburić, sadystyczny komendant wspomnianych obozów. W kolejnych zwrotkach wspomina się o innych rzeziach, takich jak ta w Čapljini, kiedy to „pełno Serbów niosła Neretwa”, na końcu zaś pozdrowiony zostaje poglavnik Ante Pavelić.

Zobacz także  Galeria - wrzesień i październik

Utwór jest tak ohydny, że nikt nie chce mieć z nim nic wspólnego. Oskarżenia o to, że wykonywał uwspółcześnioną wersję piosenki odpiera Marko Perković „Thompson”, największa chorwacka gwiazda gatunku. Jego pseudonim wziął się z tego, że podczas wojny z Serbami walczył właśnie z tym pistoletem maszynowym w rękach. W rodzinnej wiosce Čavoglave wzniósł ze swoich pieniędzy kościół poświęcony „męczennikom Chorwacji”. Również o Čavoglave jest jego największy hit.

Głównym powodem, dla którego teksty piosenek były tak brutalne, jest chyba to, że wszystkie strony konfliktu mówiły tym samym językiem. Polacy mogli wyśpiewywać najgorsze złorzeczenia, ale co z tego, skoro Niemcy i tak ich nie rozumieli? Natomiast Serbowie doskonale wiedzieli, o czym śpiewają Chorwaci czy Boszniacy. To zachęcało do tego, by jak najmocniej dowalić. Tak, by zabolało.

Spomenik na cześć partyzantów, którzy zginęli w walkach na górze Kozara w 1942 roku. To się nazywa szczęście, żeby być w parku widokowym akurat przy takiej mgle.
Spomenik na cześć partyzantów, którzy zginęli w walkach na górze Kozara w 1942 roku. To się nazywa szczęście, żeby być w parku widokowym akurat przy takiej mgle.

Drugą młodość opisywane utwory zyskały z rozwojem internetu i powstaniem serwisów takich, jak YouTube. Internetowi wojownicy nie dość, że wrzucają te kawałki do sieci, to doprawiają je jeszcze specyficznym poczuciem humoru. Boszniacy są więc „kebabami”, a końca nie mają dyskusje, czy kebaba należy „usunąć z posesji”, czy też go bronić. Z kolei Mahir Bureković, autor utworu o półksiężycu i gwieździe, zyskał przydomek „plereza śmierci”.

Do walki internauci włączyli też amerykańskich raperów. Na filmikach, których oglądanie powoduje stopienie mózgu, możemy zobaczyć, jak 2Pac robi „super-szybki rap dla serbskich ludzi”, Snoop Dogg w koszulce w szachownicę śpiewa „Jasenovac i Gradiška Stara”, zaś mój ulubieniec, Biggie Smalls, pokazuje wszystkim miejsce w szyku, broniąc kebaba.

Część piosenek wrzuca się pod zupełnie innymi tytułami, pisanymi przy użyciu nieporadnego angielskiego, tak jak „Albania anulowana!”. Czasem tytuł nie ma wiele wspólnego z treścią utworu. Na przykład ten kawałek o walkach koło bośniackiej Kozary opublikowano jako „Sziptary2, macie przejebane”.

Najbardziej jednak przejebane, że te idiotycznie przyśpiewki są tak chwytliwe. Wystarczyło kilka odsłuchań i każdy z podlinkowanych utworów siedzi mi teraz w głowie. Chcąc nie chcąc, podśpiewuję sobie, że gdyby rozwinięto sztandary „Draży” Mihailovicia, to nie byłoby Albanii, a Serbia rozciągałaby się między trzema morzami. Co mnie podkusiło…

Zobacz także  Debil nie wie, że jest debil, a mądry to wie

1„Turbofolk” to początkowo prześmiewcze, a potem powszechnie uznane określenie na ten powstały w latach 90-tych gatunek muzyki, popularny najpierw w Serbii, a potem na całych Bałkanach. Tutaj więcej na ten temat.Wróć.
2„Sziptar” to pogardliwe określenie na Albańczyka z Kosowa.Wróć.

Komentarze

komentarzy