Timur i jego drużyna

0
26
Zachód słońca w Gagrze
Zachód słońca w Gagrze

„Po co jedziesz do tych bandytów?” Tak pytali mnie policjanci na gruzińskim brzegu Inguri. Podobne pytanie zadałoby mi pewnie wielu Polaków, którzy wiedzę o położonej po drugiej stronie Abchazji czerpią tylko z gruzińskich przewodników. Po co więc tam jechać? Poczytajcie.

Że to nie będzie normalna podwózka – to wiedziałem od razu. Z zewnątrz widać było wgniecioną maskę, rozbitą przednią szybę i urwane lusterko. Po wejściu obrazu zniszczeń dopełniała jeszcze rozerwana przez poduszkę powietrzną skóra na kierownicy. W środku prawie komplet: kierowca, obok nastolatek w podróbce wayfarerów, a z tyłu grubszy trzydziestolatek z zezem. Ten ostatni zrobił mi miejsce. Być może stan samochodu powinien wzbudzić mój niepokój. Jednak, po pierwsze, ruch był tak słaby, że niewiele wcześniej zdecydowałem się na jazdę bryczką. Po drugie zaś: oni znali ten samochód lepiej, niż ja. A jakoś jechali. Wsiadłem z nimi. I bardzo dobrze.

Już po paru minutach wiedziałem, że do Suchumi dzisiaj nie dojadę. Do zmroku zostało jeszcze parę godzin, a moi dobrodzieje rzucali co chwila nowymi pomysłami: ciepłe źródła, domowe wino, obiad w ich wiosce. No i karabiny, którymi możemy postrzelać. Rok temu byli tu Anglicy i strasznie im się to strzelanie podobało. Dałem się przekonać. I bardzo dobrze.

Siedziba Timura i jego drużyny
Siedziba Timura i jego drużyny

W pewnym momencie skręciliśmy w stronę wsi, w której mieszkali. Kilkaset metrów dalej skończył się asfalt, a droga była w takim stanie, że Timur (tak nazywał się kierowca) musiał jechać góra dziesięć na godzinę. Wtedy już ostatecznie skreśliłem Suchumi z listy planów na dziś. Kiedy dojechaliśmy do domu, najmłodszy z nich Abzagu zaczął podgrzewać ogromny gar fasoli, do którego dodał adżyki – miejscowej przyprawy do wszystkiego. Timur zajął się robieniem jajecznicy (też z adżyką), a jego zezowaty brat, Michaił, poszedł do szopy po karabiny i dwa dwulitrowe dzbany wina. Wkrótce przyszedł też ten, który to wino zrobił – dziadek obu braci. Wszyscy razem zasiedliśmy do stołu.

Zobacz także  Atatürcja

Jeśli ktoś czytał już trochę o Zakaukaziu, to może mieć jakieś wyobrażenie. Tamtejsze biesiadowanie wygląda zupełnie inaczej, niż nasze. Pije się nie wódkę, a wino. Ale nie tak, jak w Europie – nie muska ustami, nie kontempluje bukietu czy finiszu. Całą szklankę wypija się na raz, zostawiając tylko odrobinę na dnie. Każde podniesienie stakana poprzedzone jest toastem. U Abchazów pierwsze trzy są ustalone: najpierw pije się za obecnych. Potem za tych, których przy stole nie ma, czyli za umarłych. Trzeci toast jest za Abchazję. Potem wszystko zależy od prowadzącego ucztę. Oczywiście, nie wystarczy powiedzieć „za Abchazję”. Toast należy obudować historią, ubrać w piękne słowa i kwieciste porównania. Nie należy unikać patosu, wręcz przeciwnie – wzniosłość jest czymś pożądanym. Wzniosłe były też pochwały, jakimi obsypali mnie wszyscy biesiadnicy.

Przy chyba każdym toaście Timur wracał do tego, że „Abchazja to ziemia z duszą”. Moje gospodarzowi nie przeszkadzało częste powtarzanie się. Ulubionych piosenek też mógł słuchać w kółko. Po drodze do ciepłych źródeł chyba z 20 razy usłyszałem o tym, że ona w Toronto, a on w Miami. Ciekawe, czy uświadomili sobie ironię ci, którzy pewnie nigdy nie będą nie tylko w Toronto, ale nawet w Zugdidi. A w Soczi tylko wtedy, kiedy Putin będzie miał dobry humor1.

Dom w wiosce niedaleko granicy abchasko-gruzińskiej
Dom w wiosce niedaleko granicy abchasko-gruzińskiej

Popluskanie się w wodzie o temperaturze 25 stopni było tym, czego potrzebowałem. W Abchazji prysznice zwykle są na dworze, o ciepłej wodzie można w nich pomarzyć. Jako że na zewnątrz było gdzieś z 5 stopni, to rozumiecie chyba, dlaczego odkładałem kąpiel. I dlaczego kiedy już znalazłem się w ciepłej wodzie, to nie chciałem z niej wyjść. Siedzieliśmy tak sobie z godzinę, popijając Suchomskoje i (tureckiego z nazwy, ale produkowanego w Rosji) Efesa. Potem tylko prysznic pod równie ciepłym wodospadem i możemy jechać dalej, wystrzelić parę serii z karabinu.

Zobacz także  Węgry: państwo z wodogłowiem

Jako że nie wywołaliśmy żadnego skandalu dyplomatycznego i nikt nam na salwy nie odpowiedział, pojechaliśmy do domu. Tam znowu wino i fasola z adżyką, tym razem z kotła zawieszonego w kominku. Dołączyła też do nas matka braci. Tutaj po raz pierwszy doświadczyłem zderzenia kultur. Kiedy miałem się kłaść, poszedłem do drugiego pokoju i przebrałem się w szorty. Kiedy wróciłem, gospodarz miał delikatne pretensje, że jego matka zobaczyła kolana obcego mężczyzny. Co śmieszniejsze, samemu nigdy (poza bieganiem, plażowaniem, no i spaniem) w krótkich spodenkach nie chodzę. Jednak dla ludzi Kaukazu moje przywiązanie do długich nogawek było zbyt mało ortodoksyjne Co ciekawe, panie z teledysków, które umilały nam czas, nie miały problemów z odkrywaniem ciała.

Jednak to drobne nieporozumienie nie mogło przesłonić tego, że był to jeden z fajniejszych wieczorów podczas moich wszystkich podróży. A była to tylko zapowiedź tego, co zobaczyłem w Abchazji później. Ale o tym w drugiej części tekstu. Już wkrótce.

1Podczas mojej wizyty humor miał raczej kiepski. Z powodu igrzysk w Soczi przejście na Psou było otwarte tylko dla pieszych.Wróć.

Komentarze

komentarzy