Kosowskie impresje

0
9

Dostać się autostopem z Serbii do Kosowa nie jest łatwo. Ruchu między oboma państwami praktycznie nie ma. Serbowie siedzą po swojej, Albańczycy po swojej stronie granicy. Już koło Prokuplje, 50 kilometrów od przejścia w Merdare, ruch samochodowy rzednie. Koło Kurszumlji, 35 kilometrów dalej, właściwie zanika. Czekam pół godziny na jakikolwiek pojazd, który będzie tędy przejeżdżał. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, ten pierwszy od razu się zatrzymuje. Biała wywrotka ze skrzynią pełną jakichś kamieni.

– Faleminderit – dziękuję po albańsku, bo widzę, że tablice rejestracyjne są z Kosowa1. Faux pas. Facet jest Serbem, tylko pracuje dla kosowskiej firmy budowlanej. Ale zwykle ci, którzy się zatrzymują, nie przejmują się takimi drobiazgami.

Silnik wyje, ciężarówka z trudem walczy z kolejnymi kilometrami, ale jakoś dojeżdżamy do Merdare. Tam kolejka na kilkadziesiąt aut. Musiała się zbierać ładnych parę godzin, dlatego dziękuję kierowcy i dalej idę pieszo. Kontrola trwa może dwie minuty – celnik skanuje mój dowód osobisty i wita w Kosowie. Samochody nie mają tak łatwo – chociaż po serbskiej stronie stoi długa kolejka, to na drodze do Prisztiny nowy pojazd pojawia się co dwadzieścia-trzydzieści minut.

Jako że nie ma się gdzie śpieszyć, przysiadam pod parasolem koło kiosku z piwem i innymi produktami pierwszej potrzeby. Rozglądam się dookoła. Oczywiście, pierwszym biznesem zaraz za granicą jest myjnia samochodowa. W końcu to Albańczycy. Poza tym wszystko wygląda normalnie. Dużo czyściej, niż w Albanii. Właściwie, to chyba czyściej, niż w tej części Serbii, która znajduje się zaraz obok.

Kończę peję, staję koło drogi i wyciągam kciuk. Znowu zatrzymuje się pierwsze auto. Shemi, kiedy mówię mu, że jestem z Polski, zaraz przechodzi na nasz język. Kilka razy był u nas w interesach i mówi po polsku bardzo dobrze. Kiedy dowiaduje się, że nie mam pomysłu na to, gdzie nocować w Prisztinie, proponuje nocleg w swoim domu. Pięknie.

Zobacz także  Rzeczpospolita Dubrownicka, czyli pokorne cielę

Prisztina jest nowa. Po wojnie, kiedy ledwie 20-tysięcznie miasteczko uczyniono stolicą wchodzącego w skład Jugosławii Kosowa, jego rozwój odbywał się pod hasłem „burzymy stare, by zbudować nowe”. Dlatego też trudno jest tutaj znaleźć zabytkowe budynki. Na dodatek w ostatnich latach ma miejsce prawdziwy budowlany boom. Buduje się wszędzie. Całe miasto wygląda jak jeden wielki plac budowy. Ze względu na rozwój demograficzny (w ciągu pół wieku liczba mieszkańców Prisztiny zwiększyła się co najmniej dziesięciokrotnie) sieć ulic nie nadąża za wzrostem liczby samochodów. Jeśli dodamy do tego typowo albańskie podejście do przepisów ruchu drogowego (światła i znaki raczej jako sugestia, niż nakaz), to nie dziwne, że trzeba trochę czasu, by przyzwyczaić się do poruszania po stolicy Kosowa.

Albańczycy w Kosowie uwielbiają obcokrajowców (poza Serbami, oczywiście). Szczególnie poważani są Amerykanie. Bill Clinton jest tutaj kimś na kształt bohatera narodowego. Jedna z głównych ulic Prisztiny nosi jego imię, a tuż przy niej stoi pomnik byłego prezydenta USA, a także wysokie na cztery piętra zdjęcie tego miłośnika stażystek. Na tę miłość załapują się również Polacy. O ile w zalewanej falami międzynarodowych urzędników Prisztinie obcokrajowiec nie jest żadną atrakcją, o tyle na prowincji jest już zupełnie inaczej.

Djakovica to czwarte pod względem liczby mieszkańców miasto kraju. Prawie w całości zniszczone w trakcie wojny, obecnie próbuje się odbudowywać. Nowe miasto jest brzydkie i nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Za to parterowe lub góra jednopiętrowe, drewniane budynki po drugiej stronie rzeki mają w sobie coś z westernu. Właśnie na środku ulicy przechodzącej przez stare miasto w fotelu siedział Adrian. Zaprosił mnie do swojego stolika, postawił piwo i zaczął wypytywać, co właściwie tutaj robię. Mówił po niemiecku, jako że przez kilka lat pracował w różnych miastach RFN. Chwilę później tą samą ulicą przechodziła Francuzka z jakiejś prisztińskiej organizacji pozarządowej. Również ona została zaproszona do wspólnej rozmowy, a ja robiłem za tłumacza. Można się było poczuć jak w jakim europarlamencie.

Z żalem rozstałem się z towarzystwem, musiałem jeszcze tego samego dnia dotrzeć do Bajram Curri. Na piechotę wydostałem się z miasta i zapytałem jednego z mieszkańców o drogę w kierunku albańskiej granicy. Ten wskazał mi kierunek, a kilka minut potem zatrzymał się swoją furgonetką. Jechał w tym samym kierunku, ale, niestety, razem z kolegą, a w aucie były tylko dwa siedzenia. Zaoferował jednak, że mogę usiąść z tyłu. Nie miałem nic przeciwko i tak sobie jechałem, siedząc na skrzynce z narzędziami i wdychając zapach smaru.

Zobacz także  Austria, czyli żywa skamielina

Co oczywiste, akurat nas zatrzymać musiała policja. Funkcjonariusze robili poważne miny, przeglądali kilkukrotnie mój paszport i dowód osobisty, próbując tam znaleźć wytłumaczenie, co też właściwie robię w tych okolicach. Moje słowa, że „turist”, „Bajram Curri” czy „Albania” im nie wystarczały. Ostatecznie jednak obyło się bez mandatu, jako że kierowca „okazał gościnność cudzoziemcowi”. Policjanci jeszcze trzy razy przypomnieli mi, że jazda w tylnej części furgonetki jest niebezpieczna i lepiej, żebym tego nie robił, ale ostatecznie pozwolili mi podjąć to ryzyko.

Dzięki temu znalazłem się 3 kilometry od granicy z Albanią. A o tym, co było dalej, pisałem tutaj.

1W Kosowie w użyciu są dwa wzory tablic. Nowe, ze skrótem RKS i godłem państwa, oraz stare, pozbawione tych znaków. Do Serbii wpuszcza się tylko samochody z tymi drugimi blachami.Wróć.

Komentarze

komentarzy