Mężczyźni na krańcu świata

0
10
Główny plac Bajram Curri
Główny plac Bajram Curri

Jeżeli Albania jest Bałkanami doprowadzonymi do ekstremum, to Bajram Curri jest doprowadzoną do ekstremum Albanią. Jeśli naoglądawszy się Kusturicy i nasłuchawszy Bregovicia przyjedziecie do Serbii i zaczniecie marudzić, że nuda i że tak samo jak w Polsce, jedźcie do tego miasteczka tuż przy granicy z Kosowem. Ucieleśnienie stereotypu. Tak, jakby się uczestniczyło w spektaklu, który miałby Bałkany sparodiować. Tyle, że ten spektakl grany jest na serio.

Bajram Curri jest nowe, chyba żaden z budynków w mieście nie pamięta czasów II wojny światowej. Nie ma tutaj otomańskiej architektury, żadnych średniowiecznych cerkwi czy pozostałości starożytnego Rzymu czy Bizancjum. Są tylko majestatyczne góry i paskudna architektura zafundowana Albańczykom najpierw przez reżim Hodży, a potem przez radosną twórczość tych, którzy zaczynając swoje budowy nie myśleli chyba serio o ich dokończeniu. Nic, co mogłoby załagodzić kontrast między pięknem tego, co odwieczne, a brzydotą tego, co zniknie bez śladu za kilkadziesiąt lat.

Kierowca, który zabrał mnie jeszcze przed albańską granicą, zaprosił mnie do najbardziej ekskluzywnej restauracji w mieście. Siedząc na tarasie przy głównym placu miasta piliśmy kawę i koniak Skanderbeu i gadaliśmy o jakichś kocopołach. O wszystkim, o czym akurat rozmawiać pozwalał nam jego ograniczony angielski albo moja inwencja w opowiadaniu przy pomocy rąk. I właściwie tyle można tu robić – pić, gadać i czekać właściwie nie wiadomo, na co.

W prawie każdym, nawet najmniejszym, bałkańskim mieście jest ulica czy też plac, przy którym jedna obok drugiej mieszczą się kawiarnie z ogródkami. Serb, Macedończyk czy Albańczyk mogą sobie odmówić wielu rzeczy, ale nie wypicia espresso tak, by zobaczyć wszystkich znajomych i by wszyscy znajomi zobaczyli jego. To dlatego w albańskich (i nie tylko) miastach co wieczór odbywa się korso. Po zmierzchu wszyscy mieszkańcy jak na znak wychodzą na jedną ulicę miasta i chodzą tam i z powrotem. Czasem przysiadają, wypiją kawę, pogadają ze znajomym i idą dalej. W większych miastach z tego powodu zamyka się nawet ulice dla ruchu samochodowego.

Zobacz także  Albańskie domino

W Bajram Curri korso doprowadzono do ostateczności. Tutaj nie ma jednej takiej ulicy czy placu. Tutaj całe miasto usiane jest kawiarniami. W pięciotysięcznym miasteczku jest ich co najmniej z 50. Sklepy spożywcze znalazłem trzy. Większość z tych kawiarni nie ma nawet nazwy, jakby inwencja właściciela skończyła się na postawieniu trzech stołów, dwunastu krzeseł i wymalowaniu szyldu „Kafe Bar”. Ba, są nawet miejsca, w których nie można się niczego napić. Jak „klub bilardowy” obok zakładu mechanicznego. Dwa stoły, pusta lodówka i zapach smaru.

I kto powiedział, że reklama nie może cieszyć oka? "Lavazh" to po albańsku myjnia. Czyli najczęściej gumowy wąż podpięty do kranu.
I kto powiedział, że reklama nie może cieszyć oka?
„Lavazh” to po albańsku myjnia, czyli najczęściej gumowy wąż podpięty do kranu.

W przeciwieństwie do większych miast, w Bajram Curri żadnych ulic nie zamyka się dla samochodów. Kierowcy uczestniczą w korso na równych prawach. Jeżdżą swoimi sportowymi lub terenowymi cackami na niemieckich, włoskich czy brytyjskich blachach i zatrzymują się co parę metrów, żeby pogadać z tymi, którzy siedzą przy stolikach. Te zagraniczne (lub, jeśli już albańskie, to najczęściej z Durrës lub Tirany) rejestracje pokazują, że gdzieś indziej jednak toczy się życie. Tam można pracować, zarabiać. Tutaj trwają wieczne wakacje.

Wakacje, które przypominają obóz gejowski. O ile bowiem cała Albania jest krajem głównie dla mężczyzn, to Bajram Curri wygląda tak, jakby wszystkie dziewczyny gdzieś wypędzono. Widać małe dziewczynki lub starsze panie. Te między 15 a 40 rokiem życia za dnia przewijają się szybko po ulicach miasta, a po zmroku nie ma ich w ogóle. Nie przeszkadzają swoim synom, mężom i ojcom w obściskiwaniu, całowaniu i przytulaniu się nawzajem.

Bajram Curri zostało skazane na rolę peryferium jeszcze zanim powstało. Cały region, którego jest stolicą (Tropoja) był blisko związany z miastami Kosowa – Prizrenem, Pecią, Djakovicą, Prisztiną. To z nimi, a nie ze Szkodrą czy Durrës, handlowali miejscowi górale. Kiedy więc w wyniku I wojny bałkańskiej powstała niepodległa Albania, ale bez Kosowa, które zostało podzielone między Czarnogórę i Serbię, region, sam w sobie niezbyt bogaty, podupadł jeszcze bardziej.

Zobacz także  Posłaniec

Nie wszyscy chcieli się zgodzić na taki przebieg granicy. Wśród nich był Bajram Curri, urodzony w Djakovicy przywódca Albańczyków z czasu walk z Turkami. Kiedy władzę w kraju przejął Ahmed Zogu (późniejszy król Albanii), Curri należał do jego największych przeciwników. Jednym z powodów tej wrogości był fakt, że wspierany przez Jugosławię Zogu nie chciał przyłączenia Kosowa do swojego państwa. Ostatecznie Curri, otoczony przez siły rządowe, popełnił samobójstwo. Po wojnie, w komunistycznej już Albanii, na jego cześć nazwano wieś Kolgecaj, do której przeniesiono stolicę Tropoji. Obecnie pomnik bojownika stoi w centrum miasta.

Bajram Curri w Bajram Curri
Incepcja: Bajram Curri w Bajram Curri

Rozwojowi regionu nie pomogło to, że już w 1948 roku zawieszone zostały wszelkie kontakty między ortodoksyjnie stalinowską Albanią, a „rewizjonistyczną” Jugosławią Tity. Od tego czasu Tropoja stała się końcem świata, leżąc przy nieprzekraczalnej granicy dzielącej ją z terenami, które wcześniej pozwalały na jej rozwój.

We włączeniu się w życie Albanii przeszkadzało nie tylko peryferyjne położenie, ale też konflikty między Albańczykami. Dzielą się oni na dwie grupy – mieszkających na południu Tosków oraz zamieszkujących północną część kraju (oraz Kosowo) Gegów. Te dwie grupy różni język, wygląd fizyczny (Gegowie są więksi oraz mają jaśniejszą karnację), historia (wpływy tureckie były na południu dużo większe, niż w niedostępnych górach na północy), obyczaje – prawie wszystko. Podział ten funkcjonuje do dzisiaj. Urodzony w Gjirokastrze Hodża był Toskiem, tak jak większość popierających komunistów. Tereny zamieszkane przez Gegów były przez cały okres jego rządów spychane na margines.

W efekcie, tak jak mieszkańcy innych krajów bałkańskich trochę boją się Albańczyków, tak mieszkańcy „cywilizowanego” południa i centrum kraju ze strachem patrzyli na przybyszów z północy. Widzieli w nich półdzikich barbarzyńców, a góry (nazywane zarówno w serbskim, jak i albańskim, Górami Przeklętymi) były dla nich złowrogą krainą, w którą lepiej się nie zapuszczać. Do dzisiaj MSZ Kanady czy Wielkiej Brytanii zaleca turystom z tych krajów omijanie Tropoji szerokim łukiem. Ba, nawet mieszkańcy Kosowa trochę się tych górali boją. Shemi z Prisztiny, kiedy dowiedział się o celu mojej podróży, chyba z dziesięć razy mówił mi, żebym nie odzywał się do nikogo, jeśli przypadkiem trafię do tropojskiej wsi.

Zobacz także  Włamywacz

Aż dziwne, że to właśnie z tego obszaru rzekomego bezprawia pochodzi najważniejszy polityk albański po 1989 roku – Sali Berisha. Ten były prezydent i premier Albanii (w tym roku przegrał wybory z byłym merem Tirany – Edim Ramą i przestał być premierem po 8 latach rządzenia) pochodzi z Tropoji i nadal cieszy się tutaj dużym poparciem.

Portret Saliego Berishy na ścianie pięknego bajramskiego bloku
Portret Saliego Berishy na ścianie pięknego bajramskiego bloku

Jeszcze kilka lat temu nie było nawet drogi łączącej Bajram Curri z Tiraną. Samochody musiały płynąć promem po jeziorze Komani. A że powstało ono dopiero w latach 70-tych, to trudno nawet pomyśleć, jak ludzie dostawali się w te rejony wcześniej.

Do niedawna zresztą mało kto miał prawo się tutaj dostać. Wiadomo, to teren przygraniczny, a kilka kilometrów dalej czaił się śmiertelny wróg: Jugosławia. Zresztą, śmiertelnym wrogiem dla Hodży był każdy – na początku tylko państwa burżuazyjne, potem rewizjoniści z Belgradu, potem ZSSR. Na końcu, po zerwaniu stosunków z Chinami, poobrażane były już wszystkie sklepy państwa świata i sojuszników (albo następnych wrogów?) szukać można było już tylko w kosmosie.

Obecnie w Bajram Curri pojawia się coraz więcej turystów. Dolina Valbony, jezioro Komani – to wszystko oraz obietnica adrenaliny (te opowieści o brytyjskim dziennikarzu, który od recepcjonisty w hotelu miał dostać, „na wszelki wypadek”, pistolet!) przyciągają tutaj trochę ludzi. Wszyscy oni traktują jednak miasto jak sypialnię i punkt wypadowy w góry. Niech świadczy o tym fakt, że nigdzie, ani w polskiej, ani w angielskiej sieci, nie mogłem znaleźć daty powstania miasta. Bo niby kogo to obchodzi? Chyba tylko diabła, który chciałby wiedzieć, gdzie to on w końcu mówi dobranoc.

Komentarze

komentarzy