Agata Czarnacka – Lewica smoleńska

0
357

Rozmowa z Agatą Czarnacką, redaktor naczelną portalu Lewica24.pl.

Jest pani określana mianem „młodej piersi lewicy”…

Proszę się tak do mnie nie zwracać. Tak nie można mówić do kobiet. To seksistowskie.

Przedstawicielka młodej lewicy… i twórczyni określenia „lewica smoleńska”.

Młoda lewica… właściwie nie używamy tego sformułowania. Wszyscy wiemy, że działalność lewicowa to jest sytuacja, na którą właściwie stać głównie osoby młode.

Bogate?

Skoro pan tak mówi. Na pewno tak jest w tym kraju, w którym poglądy lewicowe są jeszcze bardziej problematyczne niż problemy smoleńskie. I proszę nie protestować: dla mnie poglądy lewicowe nie są tożsame z postawą Donalda Tuska. To raczej sprzeciw wobec postawy Donalda Tuska od lewej strony.

Przyznam, że pierwszy raz słyszę takie określenie działań Tuska

Prawica dosyć często nazywa go „lewicowcem”.

Otworzyła pani puszkę Pandory, mówiąc o lewicy smoleńskiej, o Smoleńsku w połączeniu z lewicą, co wcześniej wydawało się abstrakcją.

Umówmy się – to nie jest do końca tak, że pierwsza otworzyłam tę puszkę Pandory czy wprowadziłam ten temat. Być może pierwsza byłam w stanie wprowadzić ten termin na szersze wody. I absolutnie nie chciałabym sobie przywłaszczać zaszczytu autorstwa tego pojęcia, aczkolwiek w moim przekonaniu to, jak ja go używam, troszeczkę odbiega od pierwotnego zamysłu autorów „Nowych Peryferii”, którzy napisali wspólnie tekst „Smoleńsk, kurwa!”, gdzie upominali się o wyjaśnienie przyczyn tragedii smoleńskiej. I pokazywali, w jak w kiepskim świetle ta tragedia oraz reakcja rządu na nią ten rząd stawiają.

Czemu dopiero teraz? Minęły trzy lata.

Bliższe przyjrzenie się tej problematyce przy okazji apogeum, jakie tematyka smoleńska osiągnęła w marcu i kwietniu tego roku, kazało mi się zastanowić, czy przypadkiem nie jestem świadkiem czegoś, co mocno przypomina kwestię żydowską w Niemczech w latach 30. Rzeczywiście podzielono społeczeństwo na dwie części. Rzeczywiście jedna z tych części była przedstawiana w kategoriach szkodników i wariatów.

Mówimy teraz o PiS, tak?

Nie, nie mówimy o PiS. Mówimy o czymś, co nazywa się dosyć często ludem smoleńskim, którego skład – jak się okazało – dla nikogo nie jest jasny. Ludzie, którzy się tym sformułowaniem posługują, nie mają wcale ujednoliconej definicji.

Używane jest jako bicz. Oszołomy, lud smoleński, ciemnogród, wsteczniacy…

Tak jest. W rezultacie się okazało, że ludem smoleńskim jest praktycznie każdy, kto krytykuje rząd. I moja „lewica smoleńska” była przede wszystkim głębokim protestem przeciwko takiemu przebudowywaniu społeczeństwa, jakiego opis można znaleźć w tekstach o rasizmie Michela Foucaulta czy też – tym razem w sensie pozytywnym – w poradach, jak uprawiać politykę, przedstawianych przez faszystowskiego prawnika Carla Schmitta, doradcę NSDAP. Kiedy zaczęłam zdawać sobie sprawę, że jesteśmy na równi pochyłej i rzeczywiście tworzymy kastę podludzi, uznałam, że trzeba zacząć o tym mówić.

Zobacz także  Waldemar Piasecki. - Jan Karski, zwykły bohater

Ale przecież to nie jest nic nowego. Przecież jest podział na ludzi mądrych, ciemnych, niewykształconych, wykształconych…

Nie, tutaj dochodziło do tego bez względu na to, jakie ktoś miał stopnie naukowe. Jeżeli pytał o Smoleńsk, to był zaliczany nawet nie do grona oszołomów… Dla mnie bardzo ważne było, że dokonało się pewne przesunięcie. Już nie oszołomy, tylko szkodnicy. Ludzie, którzy szkodzą państwu.

Ale przecież to samo było za rządów PiS, kiedy nawet największe autorytety naukowe, które opowiedziały po stronie Kaczyńskiego, były wyrzucane poza nawias „ludzi rozsądnych”.

Wtedy wiedzieliśmy, że chodzi przede wszystkim o kwestie lustracyjne. Pracowałam w rządzie Marka Belki, byłam administratorem strony pełnomocniczki rządu do spraw równego statusu kobiet i mężczyzn Magdaleny Środy. Widziałam, jak drastyczna była w istocie polityka wewnętrzna i polityka administracyjna rządu, który przyszedł po Belce.

W jakim sensie?

Zwalniano ludzi, dokonano czystki i w kancelarii, i w innych urzędach, i w mediach publicznych. Czystki, która w wielu wypadkach wydawała się nieuzasadniona kompletnie niczym poza poglądami lub domniemaniami.

Jakieś przykłady?

Nie będę panu dawać przykładów z 2005 r., wystarczy spojrzeć na zmiany kadrowe, można dotrzeć do tych ludzi.

Pytam o przykłady, bo to jest okres, kiedy mówiło się o wielkich czystkach, tymczasem Jacek Żakowski czy Tomasz Lis dostawali swoje programy w pisowskiej TVP.

Zdaję sobie z tego sprawę. Ale przed chwilą rozmawialiśmy o tym, że Donald Tusk nie jest lewicowcem. Jeżeli orientację polityczną Lisa utożsamiać z orientacją Platformy czy też rządu Tuska, on też nie jest lewicowcem.

Już raz się zdziwiłem „lewicowością” Tuska, drugi raz nie mogę.

Centrum jakoś się jeszcze trzymało, natomiast lewa strona została wycięta do nogi. To byłaby już druga taka czystka po – powiedzmy – wczesnych latach 90., kiedy na przykład na naukach humanistycznych profesorów związanych czy też sympatyzujących z poprzednim reżimem zmuszano – o ile mi wiadomo – do czegoś, co do złudzenia przypominało podpisywanie lojalek.

Słucham?

Zdaję sobie sprawę z tego, co spotykało prawicę w 2007 r. i w kilku innych momentach, z tego, co spotyka ją cały czas. Ale to nie jest tak, że „lewica smoleńska” jest stawaniem lewicy w obronie prawicy. „Lewica smoleńska” to uogólniony protest przeciwko temu, w jaki sposób buduje się wykluczenie społeczne. Tym razem padło na Smoleńsk. Stosunek do Smoleńska stał się wyznacznikiem radykalnego dzielenia społeczeństwa.

Zobacz także  Piotr Ikonowicz - Walczymy o byt

Ale to kontynuacja procesów zachodzących w Polsce od ponad 20 lat. W latach 90. wszelka prawicowa myśl polityczna była spychana na margines. Później przyszedł czas „ciemnego kaczyzmu” i powtórzyło się to samo. Smoleńsk to kontynuacja, a nie coś nowego.

Może i nie jest to nic nowego… Dla mnie to poważny problem, ponieważ my z naszą lewicową krytyką rządu Tuska byliśmy uciszani. Kładziono nam palec na ustach i mówiono: ciiii…

Dlaczego?

Dokładnie tak, jak to określił premier Donald Tusk na Kongresie Kobiet w swoim oficjalnym wystąpieniu, które można by nazwać trzecim, kobiecym exposé premiera – premier poinformował, że jeśli kobiety i środowiska postępowe, progresywne obyczajowo, będą za bardzo naciskać na związki partnerskie, aborcję itd., to dostaniemy w prezencie taką większość konstytucyjną, że się dopiero… Jak on to sformułował? Że dopiero popamiętamy. Czy jakoś tak.

Wygląda na to, że lewica się obudziła, kiedy tak jak oszołomy znalazła się na marginesie.

Po pierwsze, to prawda, coraz więcej ludzi jest na marginesie we własnym kraju. Po drugie, to nie do końca tak, że cała lewica nagle się obudziła. Wydaje mi się, że takie głosy słychać było od dawna, po prostu udało mi się jakoś je zebrać i wyartykułować.

Ta propaganda czy też narzędzie PR, czyli pokazywanie opozycji jako oszołomów, bo to, bo tamto, bo zamach w Smoleńsku jest absurdalny, a w ogóle to oni chcą wojny z Rosją… Taka jest moja teza, że na tym grano przede wszystkim, przedstawiano smoleńczyków jako szkodników – właśnie ze względu na to, że oni chcą wojny z Rosją, na którą my nie możemy sobie pozwolić i nikt tego nie chce. A więc posługiwanie się tą propagandą przybrało na sile nie tylko w moich oczach, gdyż coraz bardziej trzeba się było bronić przed krytyką wydarzeń gospodarczych i funkcjonowania tego państwa.

Ale chwilę później były wybory i lewica poparła Platformę tylko po to, żeby PiS nie przejęło władzy.

Było różnie. Wysoki wynik zarówno Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich, jak i w gruncie rzeczy PiS był dosyć jasnym wskaźnikiem, że to nie do końca tak zadziałało. Lewica zastanawiała się długo i intensywnie, kogo poprzeć. Być może to były nasze wewnętrzne dyskusje, których nie było widać na zewnątrz. Ale byliśmy głęboko przekonani, że z naszej perspektywy wybieramy między dżumą a cholerą. Między skrajnym kapitalizmem a dążeniami autorytarnymi i etatystycznymi, co wbrew pozorom wcale się lewicy jakoś powszechnie nie podoba, bo tylko część lewicy lubi etatyzm, a duża część dla odmiany ma poglądy – jak by to powiedzieć – zmierzające do demontażu, jeżeli nie samego państwa, to co najmniej jego wpływu.

Zobacz także  Christopher W. Gortner - Czarna legenda Izabeli

Takie rzeczy na lewicy?

Tak, na lewicy. Ja w tym momencie tłumaczę Carlosa Castoriadisa…

Mała reklama książki?

Mam taką nadzieję, tak. Podjęto decyzję, żeby tłumaczyć autora sprzed 50 lat, również dlatego, że to naczelny krytyk biurokratyzacji i rosnących wpływów państwa.

Czyli socjalizmu.

Castoriadis dobrze pokazuje, że socjalizm, który panował w krajach Europy Środkowej i Wschodniej czy w Związku Radzieckim, nie ma nic wspólnego z tym projektem świetlanej przyszłości, jaki nam się wydaje możliwy i konieczny w związku z przekształceniem społeczeństwa, emancypacją ludzi, czyli wyzwoleniem z okowów tradycji i konieczności.

Ale po co?

Zaraz panu odpowiem. Z jednej strony ważna jest emancypacja ludzi, a z drugiej – przeformułowanie stosunków własności w taki sposób, żeby głównym motorem życia społecznego przestała być chciwość.

Jest jakiś silniejszy bodziec?

Nie wiem, może braterstwo, solidarność, współczucie, głębokie zaangażowanie we wspólnotę? Mniej więcej podobnie szczegółowy jest projekt komunizmu Marksa…

No tak, Marks to znany wolnościowiec…

Wydaje nam się, że to pozwoli nam pełniej przeżywać własne człowieczeństwo i cieszyć się życiem w sposób do tej pory niespotykany. Tacy właśnie jesteśmy na lewicy: ni to egoistyczni, ni to altruistyczni.

Bajkowi mocno, bym powiedział.

To się nazywa utopia, tak. Nikt się tego nie wypiera, to nie jest dla mnie brzydkie słowo. Gdyby nie ta utopia, to nie chciałoby mi się żyć, ponieważ społeczeństwo w obecnym kształcie niespecjalnie zachęca do tego, żeby w nim funkcjonować. A już w szczególności nie zachęca do tego, żeby się angażować na jego rzecz.

Teraz brzmi pani jak republikanka!

Jest jedna rzecz, która łączy mnie z Bronisławem Wildsteinem. Coś, co on nazywa republikanizmem, ja właściwie też: głębokie poczucie, że zaangażowanie obywatela w swoje państwo, w dobro wspólnoty, ludzkości jest po prostu czymś najfajniejszym, co może się w życiu zdarzyć. Właśnie w tym kontekście rozmontowanie kwestii chciwości jako głównego motoru życia społecznego jest dla mnie kluczowe.

Chciwość wynika z głodu, a głód jest czymś bardzo naturalnym.

Proszę pana, z tego, co widziałam, chciwi są ci, którzy mają najdroższe zegarki.

Bo oni po prostu wiedzą, z jakiej dziury wyszli, więc wiedzą, gdzie będą musieli wrócić.

Tego nie wiem, natomiast wiem, że teraz nie są głodni.

Komentarze

komentarzy